piątek, 20 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

- Jestem już stary. - Mówił staruszek do chłopca. - Za mojego panowania odeszło wiele wielkich osób. Nelson Mandela, Paul Walker, Cory Monteith... Ale życie dostało wiele postaci, których czas dopiero nadejdzie, takich jak Royal Baby. Zdarzyło się wiele tragedii, na które nie miałem wpływu, np. Maraton w Bostonie. Mam nadzieję, że za mojego panowania nie brakowało też szczęśliwych chwil.
Zamilkł na chwilę.
- Myślę, że mimo wszystko to był dobry rok. - Powiedział w końcu. - Wielu ludzi przeżyło wspaniałe momenty swojego życia. A święta... - Zamyślił się. - Święta są piękne co roku. Ale w moim były magiczne. Pełne miłości, radości, zaufania i ciepła. Każdy powinien zadbać by takie były.
Znowu zamilkł, zatopił się we własnych myślach gładząc długą, siwą brodę. Potem, jakby nagle, przypomniał o chłopcu.
- Czeka cię ciężkie zadanie. - Powiedział kiwając pouczająco palcem wskazującym. - Musisz pamiętać, że każdy potrzebuje radości i smutku, ciepła i zimna, świąt i pracy. Pamiętaj o tym a będziesz wspaniałym Nowym Rokiem.
- Dobrze, Stary Roku. - Odpowiedział chłopiec i w tym momencie za oknem rozległo się odliczanie zebranego tłumu.
Staruszek uśmiechnął się, a gdy tłum doliczył do zera i w niebo wystrzeliły kolorowe ognie, zamknął oczy i zasnął.
Dziecko wstało i podeszło do okna.
- Będzie dobrze. - Powiedziało.

***

Tą krótką historyją chciałam życzyć wam wesołych, pogodnych i ciepłych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego i szalonego Nowego Roku i spełnienia marzeń i planów w roku 2014. :*

Nowego rozdziału nie będzie już w tym roku ponieważ wyjeżdżam :c
Ale głowa do góry i tak pewnie będziecie mieć dużo roboty :D

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze :*

Paulina

czwartek, 21 listopada 2013

Chwila uwagi.

1. Przepraszam za ciszę na blogu :c Jakoś mam stop weny na te opowiadanie, przepraszam :c To silniejsze ode mnie :c
2. Pisałam przez ten czas takie jedno opowiadanie... Nie udostpęniam go bo wydaje mi się zbyt skąplikowane... Ogarnelibyście historie 19 postaci? Najpierw szczegółową 10 a potem ich wspólną. Jest to opowiadanie o ludziach zmagających się z różnymi kłopatami i ze zdolnościami, których niepojmują. Połączy ich tajemnicza organizacja na pozór proponująca pomoc...
3. NAPRAWDĘ PROSZĘ O OPINIĘ. TO DLA MNIE WAŻNE.
4. Rozdziału na tym blogu możecie się spodziewać do końca tygodnia :p

piątek, 15 listopada 2013

Ósmy.

Jeżeli wyobrażaliście sobie, że współczene, bohaterskie misje są powalającymi na kolana podróżami to muszę was rozczarować.
Podróżowaliśmy przeludnionym, brudnym i dusznym pociągiem. W przedziale siedziała nasza trójka, kobieta z mniej więcej sześcioletnim dzieckiem i studentka.
Jak na taki mały przedział było to zdecydowanie za dużo, nawet nie można było swobodnie porozmawiać. Już nie mówiąc o jakiejkolwiek dyskusji ze Stonem. Niestety nie przeszkadzało mu to w prowadzeniu długich monologów...
- Nie żebym chciał cię dołować, ale uprzedzałem cię. - Trajkotał. - Mieszkać u twojej babci nie będzie najlepiej. W końcu dalej nie wiemy czemu dokładnie była w posiadaniu Sary i Leo. Nawet się zdziwiłem gdy wyszło, że to u niej się znajdują. Niby taka stara babunia a takie sekrety. Chociaż i tak stawiam, że maczała w tym palce ta jej przyjaciółka, Imogen. Ale to już od ciebie zależy czy będziesz w tym dalej grzebać...
Jego przemowa działała mi na nerwy, więc wyciągnęłam książkę.
- To jego się jeszcze czyta? - Zdziwił się Leo spoglądając na okładkę Dziadów, Mickiewicza. Studentka spojrzała na niego pobłażliwie.
-Moje klimaty. - Zażartowałam nieśmiało.
- Niby tak, ale co Mickiewicz wiedział o duchach? - Zastanawiał się chłopak. - No bo przecież Medium nie był... - Przerwała mu siostra chrząknięciem patrząc znacząco na licealistkę, która podsłuchiwała rozmowę zza ekranu telefonu.
Leo westchnął przeciągle i oparł głowę o siedzenie. Przydługa grzywka opadła mu z czoła odsłaniając całą i pokazując podłużną bliznę biegnącą w poprzek prawej brwi. Była gruba i postrzępiona.
Miałam ochotę o nią zapytać, ale nie odważyłam się. Nie w tym miejscu i nie jego.
Emanował taką pewnością siebie i taką innością, że jeśli nie byłaś odpowiednio nabuzowana to lepiej było nie wchodzić mu w drogę.
- ...Poza tym strzałki? - Kontynuował niezrażony brakiem słuchających Leo. - Za moich czasów by cię wyśmiali. To żadna broń, ja wam mówię...
- Sara! - Powiedziałam byle tylko mu przerwać. - Czym się interesujesz? - Spojrzała na mnie zaskoczona nagłym zainteresowaniem, ale odpowiedziała uprzejmie:
- Dużo czytałam, zanim zaczęłam pracę. Teraz wszystko skupia się tylko na niej. Kiedyś słuchałam też dużo muzyki.
- Jesteś w posiadaniu tego urządzenia do przenośnego słuchania muzyki o którym wspominał Stone? - Zainteresował się Leo. Zaśmiałam się jakby takie pytania były normalnością, ignorując zdziwione spojrzenie kobiety, której synek spał na kolanach.
- Oczywiście, że mam. -Pokazałam mu i włączyłam urządzenie. Ucieszyłam się, że nie okazał zdziwienia ani przesadnego podniecenia.
Ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu okazało się, że zawartość mojej MP3 przypadła mu do gustu, więc miałam go z głowy.
Jego siostra zaczęła czytać książkę a mnie zaczęło się nudzić. Patrzyłam przez okno usypiana miarowym rytmem pociągu. Nawet nie zauważyłam kiedy powieki mi opadły i zapadłam w lekki sen...
*
Obudził mnie kobiecy krzyk. Zdziwiona otworzyłam szeroko oczy i ogarnęłam sytuację w przedziale:
Dziecko stojące przy moim plecaku, mające w ręce mój sztylet, jego spanikowana matka, zdziwiona studentka i zastygli w przerażeniu Sara i Leo.
-Lepiej zwiewajcie zanim ktoś przyjdzie. - Odezwała się studentka poważnym tonem. Spojrzałam na nią zdziwiona, ale otrzeźwiałam i zabrałam dziecku broń.
"Nie dobrze." Myślałam. "Jak nas przeszukają to mamy przesrane."
- Ruszcie się! - Machnęłam do rodzeństwa. Wreszcie odzyskali władzę nad sobą i chwycili swoje plecaki. - Za mną. - Nakazałam. I nawet się zdziwiłam gdy mnie posłuchali bez zająknięcia. Charlie zawsze kwestionowała moje przywództwo i była to miła odmiana.
Kiedy wyszliśmy z przedziału już gromadzili się ludzie gotowi na widowisko, zwabieni krzykiem. Zdenerwowana przecisnęłam się przez tłum i gorączkowo zastanawiałam się co robić. Popędziłam, a za mną Sara i Leo, do następnego wagonu.
- Tam szli! - Rozległ się męski głos.
- Niech to szlag. - Zaklełam i w tym momencie uświadomiłam sobie, że pociąg zwalnia. - Trzeba zyskać na czasie. - Mruknęłam.
- Przepraszam, co mówiłaś? - Zapytała Sara.
- Trzeba zyskać na czasie. Zaraz będzie stacja. - Powtórzyłam głośniej. Dziewczyna zastanowiła się chwile i uśmiechnęła się złośliwie. Leo jęknął:
- Znam ten umśmiech...
Brunetka wyciągnęła z bocznej kieszeni woreczek z brokatem.
Wysypała sobie na rękę i zaczęła mruczeć pod nosem. Po chwili brokat się zapalił i zaczął intensywnie dymić.
- Zasłoń usta. - Mruknął do mnie jej brat. Posłusznie zakryłam rękawem usta, a dym wypełnił cały wagon.
Zdziwiona zobaczyłam, że wszystko w nim jakby zastygło. Ludzie przestali się ruszać, mrugać, gadać, krzyczeć itp.
Chciałam się zapytać jakim cudem, ale wolałam nie odsłaniać ust.
Dosłownie po chwili pociąg się zatrzymał. Drzwi się otworzyły a dym rozwiał się prawie natychmiast.
- Szybciej! - Sara pociągnęła mnie za kurtkę i wybiegliśmy z pociągu.
Nie zwalniając opuściliśmy dworzec. Dopiero za rogiem jakiegoś budynku zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Podzieliłam się tą myślą z moimi towarzyszami.
- Chodźmy najpierw coś zjeść. - Zaproponowała Sara. - Na głodnego ciężko się myśli.
*
- Zwykły czar zatrzymujący. - Tłumaczyła gdy czekaliśmy na jedzenie. - Robiłam to już nie raz.
- Przynajmniej Stone przestał gadać. - Zaśmiał się Leo.
- O tak. - Przyznalam mu racje ze śmiechem.
- To są same dobre rady. - Powiedział duch dumnie. - Jeszcze wam uratują życie.
Sara wybuchnęła śmiechem.
- W ogóle opowiedzcie nam o tym jak nas znaleźliście. - Zaproponował nagle Leo.
- To bardzo interesująca historia, no nie, Tatum? - Powiedział Stone złośliwie. - Zaczęło sie od tego, że powiedziałaś, że twoja babcia na pewno nie ma nic wspólnego z Sabatem, Radą ani duchami.
- Bardzo się na niej zawiodłam. -Przypomniałam mu suchym tonem.
W tym momencie podeszła do nas kelnerka, która trzepocząc rzęsami i wpatrując się w Leo podała nam jedzenie. - To rozmowa na inną porę. - Powiedziałam i postanowiłam o coś zapytać:
- Czemu Sara widzi i słyszy Stona?
- Bo jestem związana krwią z Medium. - Odparła bez zawachania Sara. - Jestem Szamanem Widzącym. Taki przywilej bycia częścią Przeklętego rodzeństwa.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
Jakiś czas jedliśmy w milczeniu, ale w koncu zadałam inne dręczące mnie pytanie.
- Pan Tommy nie usłyszał Demona. - Zaczęłam. - Ale potrafił go zabić, czyli musiał go widzieć.
- Może nie tyle widzieć, co o nim wiedzieć. - Podsunął Leo.
- Ale to oznacza, że nie był Medium. Co najwyżej Szamanem. - Dodał Stone.
- Na to bym nie stawiała. - Wtrąciła Sara. - Szaman nie używałby broni. Ja używam tylko z ciekawości.
- To kim on był? - Zapytałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi.
~~~
Przepraszam :c Obiecałam na środę, ale rodzice, ładowarka i telefon zwrócili się przeciwko mnie :c

Ale jest i mam nadzieję, że się wam podoba bo mi tak średnio :p

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

Jeżeli powiem wam, że bardzo mi zależy na sprawdzeniu obecnoścu, to napiszecie choćby "obecna"?

Dobranoc :*

poniedziałek, 11 listopada 2013

Siódmy.

- Gdzie ten budzik do jasnej cholery... - Wymruczałam uwalniając się z pościeli i szukając telefonu by wyłączyć uciążliwe brzęczenie.
- To takie skąplikowane czasy... - Usłyszałam dziewczęce westchnienie.
- Żebyś wiedziała. - Mruknełam wyłączając sprzęt i przeciągając się leniwie. Te kilka godzin snu, wcale nie sprawiło, że czułam się jak nowonarodzona.
Wtedy dotarło do mnie z kim rozmawiam i co się wczoraj stało. Ton mojego głosu stał się bardziej suchy.
- Jedliście coś? - Mimo wszystko starałam się być życzliwa.
- Stwierdziliśmy, że obsłużenie się bez twojej wiedzy może ci być nie na rękę i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
Lekko mnie zatkało i wydusiłam:
- Nie trzeba było. Już coś robię.
Wstałam z kanapy i ruszyłam do kuchni. W drzwiach wpadłam na Leo.
- Jednak lubię te czasy. - Stwierdził zmierzając mój strój wzrokiem.
Zarumieniłam się lekko, ubrana byłam w obcisłą podkoszulkę i krótkie szorty.
- Zapominam, że żyjecie manierami innej epoki. - Usprawiedliwiłam się. - Dajcie mi chwilkę. - Poprosiłam i poszłam do łazienki.
Chwila ogarnięcia i już byłam gotowa do godnego reprezentowania czasów dzisiejszych.
- Chcecie kawy? - Zapytałam będąc już w kuchni.
- Nie wyglądasz na tak zamożną. - Zdziwił się Leo.
- Teraz kawa jest powszechna. - Upomniała go siostra. - Poprosimy.
- Może wyjdę na ciekawską, ale kiedy ostatnio byliście... aktywni? - Moja ciekawość przezwyciężyła niechęć.
- W 1900 roku. - Odpowiedziała obojętnie Sara.
- To dużo się pozmieniało. - Gwizdnęłam pod wrażeniem.
- Stone nam opowiedział. - Uśmiechnął się Leo. Kiwnęłam głową i nastała cisza.
- Wiem, że ze względu na wczorajsze wydarzenia nie darzysz nas sympatią, ale zrobimy wszystko by to naprawić. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że tyle poświęcasz dla dusz i pomożemy jak tylko potrafimy.- Powiedziała w końcu Sara. Spojrzałam na nią zdziwiona. - Musimy sobie ufać, skoro mamy razem pracować.
Kiwnęłam powoli głową.
- Wiem. - Powiedziałam. - I przepraszam za wczoraj. - Wskazałam na jej szyję - Poniosło mnie.
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnęła się szeroko pokazując dołeczki w policzkach.
- I nastała wielka miłość. - Usłyszałam kwaśny głos Charlie wchodzącej do kuchni.
- Szkoda, że jak zwykle musisz być przeciwko wszystkiemu. - Westchnęłam i położyłam na stole talerz z kanapkami. - Proszę się częstować.
Potem zrobiłam kawy i dołączyłam do jedzących, w ciszy.
- Przygotowałam wam ubrania. - Powiedziałam do rodzeństwa gdy skończyliśmy jeść.
- Dziękujemy. - Uśmiechnęła się nieśmiało Sara i poszli się przebrać. Ja zabrałam się za zmywanie.
- Nie rób tego. - Powiedziała stanowczo Charlie stając obok mnie.
- Skończ temat. - Powiedziałam ostro. Cały czas byłam na nią zła. - Nie potrafisz zrozumieć moich powodów bo jesteś strasznie ograniczona, albo coś przede mną ukrywasz. Jadę z nimi i koniec tematu.
- Wreszcie zaczynasz rządzic swoim życiem. - Usłyszałam zadowolony głos Stona za moimi plecami.
- Super. - Głos Charlie był przesycony furią. - Tylko pamiętaj, że jak wrócisz do miasta twoje rzeczy będą u twojej babci. Nie chcę cię widzieć na oczy. - Wypluła ostatnie słowa i wyszła z pomieszczenia.
Zastygłam zdziwiona. Często się kłóciłyśmy, ale nigdy aż tak... Zazwyczaj to ona krzyczała i stawiała na swoim. Tym razem nie zamierzałam odpuścić. Coś przede mną ukrywała, ale nie zamierzałam tego wyciągać siłą.
- Mam nadzieję, że jesteś tego warty. - Mruknęłam do zjawy.
- Myślałem, że jestem wart wszystkiego. - Odparł z udawaną nutą zawodu w głosie.
- Czym ja bez niej będę? - Wyszeptałam ze łzami w oczach. - Potrzebuję jej.
- Potrzebowałaś. - Poprawił mnie Stone zbliżając się do mni. - Keith i tak jest z ciebie dumny. Ja też jestem. Bo robisz dobrze.
- Skąd ty wiesz... - Zaczęłam zdziwiona, ale przerwał mi Leo:
- Gotowi.
- No to ruszamy. - Powiedziałam już pewnie ocierając ostatnią łzę i prostując się. - A gdzie, tak w ogóle?
- Do mojego domu. - Odparł Stone. - A właściwie do miejsca gdzie kiedyś stał.
- Po co? - Zapytałam powoli.
- Tak stare duchy jak Stone rządzą się innymi prawami. - Zaczęła Sara. - Żeby je odprawić potrzeba domowej ziemi, popiołu ze świętego drzewa i cząstki dawnego życia.
- Czemu mi wcześniej tego nie powiedziałeś? - Zapytałam ducha.
- Bo szukaliśmy medalików. - Odparł Stone. - Po ostatniej próbie musiałem znaleźć bardzo silne Medium. Gdy cię odnalazłem okazało się, że straciłem rodzeństwo z oczu. Trochę mi zajęło ponowne ich odnalezienie.
- Właściwie, to jak nas znalazłeś? - Zapytał Leo.
- To historia na inną porę, Leo. - Zganiła go siostra. - Teraz mamy ruszać.
- Zajdziemy jeszcze do mojego przyjaciela. - Oznamiłam. - Nie jesteśmy teraz bezpieczni a nie macie żadnej broni a raczej się przyda jak ściga nas wielki demon.
- Broni? - Zdziwił się Leo. - Na demony działa tylko magia.
- Długo was nie było. - Uśmiechnęłam się zadziornie. - Trochę się pozmieniało.
*
- Cześć Robby. - Przywitałam się wchodząc do małego sklepiku.
- Tatum! - Zza zaplecza wyszedł wysoki brunet z kocimi oczami. Widać, że bardzo się ucieszył na mój widok. - Aż boję się pytać o to co cię tu sprowadza, twój miecz?
- Mój miecz jest mało praktyczny. - Odparłam. - Potrzebuję wyposażenia na podróż wśród ludzi,  dla siebie i dwóch innych osób. - Powiedziałam uśmiechając się zalotnie.
Nie patrząc nawet na moich towarzyszy z trudem oderwał ode mnie wzrok i rozejrzał się po sklepie po czym otworzył wejście do piwnicy.
- Daj mi chwilę. - Powiedział i zniknął w ciemnościach.
- Biedny... - Westchnął złośliwie Leo.
- Nie wiedziałem, że tak potrafisz. - Zdziwił się Stone.
- Tylko tak zdobędę tę broń za cenę, która mi odpowiada. - Powiedziałam zawstydzona.
Tę metodę zdobywania broni za pół ceny odkryła Charlie. To ona zauważyła, że Robby ma do mnie słabość i to ona powiedziała mi co robić...
- Chcecie coś wiedzieć o broni na demony? - Zmieniłam temat. Kiwneli żywo głowami. Tylko Stone dalej przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy.
Wyciągnęłam z głębokiej kieszeni płaszcza mój sztylet, który był moją pierwszą bronią...
- To jest Stardinger. - Powiedziałam. - Od nazwiska stwórcy. Wykuty z metalu nasączonego krwią czarownicy. - Sara wciągnęła głośno powietrze. - Krew jest dana dobrowolnie. - Uspokoiłam ją z uśmiechem. - Potem czarownica, która oddała krew musi go ochrzcić i zabić demona.
- I Rada pozwoliła na coś takiego? - Zakpił Leo. - Za kogo ty nas masz? Przecież były postanowienia, ugody i wybaczenia...
- Chodzi ci o porozumienie z demonami? - Upewniłam się. Kiwnął głową. - Zostało zerwane podczas pierwszej wojny światowej...
- Mam dwa sztylety, katanę, kołczan strzał, rzutki i szablę. - Przerwał nam Robby rzucając worek z bronią na ladę.
- Wybierajcie. - Powiedziałam z uśmiechem.
Po chwili zastanowienia rodzeństwo wzięło po sztylecie z ozdobnymi rękojeściami.
- Twój nazywa się Obirius, bardzo lekki i cienki. Przydatny na ataki z zaskoczenia w delikatne miejsca. - Wyjaśnił Robby Sarze a potem zrócił się do Leo:
- Z twoim jest trochę bardziej skomplikowanie. - Podrapał się po brodzie. - Ostatnim jego właścicielem był jego stwórca, który zaginął w bardzo dziwnych okolicznościach... No, ale nazywa się Starling i wielu uważa, że jest przeklęty.
- Idealny dla mnie. - Uśmiechnął się chłopak ku zdziwieniu Robbiego.
- Ja wezmę jeszcze rzutki. - Dodałam z lekkim uśmiechem i podałam kartę.
- Gdzie się wybieracie? - Zapytał jak gdyby nigdy nic. - I nie ma z tobą... tej... jak jej tam... Przyjaciółki, no!
- Charlie? - Podpowiedziałam.
- Tak! Tak, no.
- Może kiedyś ci opowiem. - Odparłam zalotnie.
- Ja bardzo za! - Ucieszył się. - Cena ta co zawsze za wszystko... - Mruknął do siebie. - To będzie 1240 funtów... - Potem oddał mi kartę i rachunek.
Pożegnaliśmy się i wyszliśmy.
-Dziwne to miasto. - Stwierdziła Sara. - Żeby od tak kupować broń na demony w zwyłym sklepie...
- Obrzeża Londynu zawsze kryły masę tajemnic. - Powiedziałam przyjaźnie.
- I nawet nie wiesz ile jeszcze kryją... - Dodał zadziornie Stone.
~~~
Przepraszam, że tak późno.
Brak weny i mało czasu...
Wyszło mi takie krótkie i mało konkretne coś.

Rozdziału następnego można się spodziewać w środę. :)

Proszę o komentarze :3

poniedziałek, 4 listopada 2013

Przeszłość. (II)

Gdy patrzyłam jak jej ciało wraz z trumną znika w wielkiej ciemnej dziurze nie uroniłam ani jednej łzy. Po prostu patrzyłam z miną, która nie wyrażała żadnej emocji. Kiedy szliśmy na stypę słyszałam jak babcia rozmawia o mnie ze swoją przyjaciółką:
- Nie widziałam, żeby choć raz płakała. Martwię się, że zamknęła się w sobie. - Jej głos był pełen troski i ukrywanej rozpaczy.
- Widać przeżywa śmierć matki po swojemu. - Odparła jej przyjaciółka surowo.
- Ale Imogen, jak można nie uronić ani jednej łzy na pogrzebie matki? - Oburzyła się babcia.
- Nie wiem, Saro. - Powiedziała kobieta sucho. - Ja nigdy matki nie straciłam.
- Wiem. Przepraszam. - Odpowiedziała babcia skruszona.
- Następnym razem uważaj na słowa. - Pouczyła ją tamta bez cienia współczucia.
*
Dziubałam widelcem w jedzeniu. W stołówce jak zwykle panował hałas i poruszenie. Siedziałam na swoim miejscu, przy stoliku nabardziej odsuniętym od centrum wydarzeń.
- Cześć Tatum. - Na wolne miejsce opadł mój przyjaciel, Keith. - Jak się trzymasz? - Spojrzał na mnie swoimi wielkimi, złotymi oczami, które zawsze były pełne emocji.
- Jak zwykle. - Odpowiedziałam bez wyrazu unikając jego wzroku. - Już po najgorszym. Teraz trzeba wrócić do normy.
- Ty to nazywasz normą? - Mruknął niemrawo. - To koszmar.
Na potwierdzenie jego słów rozległ się głos:
- Fatum! - Był to Daves, szkolny tyran. - Jak moje zadanie z historii? - Zapytał wsadzając rękę do mojego obiadu. Już miałam odpowiedzieć, że nie zdążyłam gdy odezwał się za mnie Keith:
- Daj jej spokój. I tak dużo przeszła.
Dryblas spojrzał na niego spod byka.
- Nie próbuj zgrywać bohatera, obdarciuchu. - Zagroził po czym zwrócił się do mnie z głupkowatym uśmiechem - Nie obchodzi mnie, że twoja pijacka matka zrobiła to co wszyscy chcieli, żeby zrobiła, czyli się zabiła.- Po czym szepnął mi do ucha - Pewnie jest już kurwą diabła, jedną z wielu.
Wtedy nie wytrzymałam i walnęłam go w twarz. Miałam łzy w oczach i chciałam zapaść się pod ziemię.
Ze zdziwienia otworzył szeroko oczy, ale zaraz się opamiętał i kiwnął na swoich kumpli, którzy mimo moich protestów złapali mnie od tyłu.
- Pożałujesz tego, suko. - Zawarczał.
- Hej! - Keith próbował coś zrobić, ale jego też chwycili.
W tym momencie dostałam w twarz po raz pierwszy. Słyszałam jak ktoś w głębi stołówki krzyczy. Wraz z drugim uderzeniem usłyszałam chrzęst złamanego nosa.
Po trzecim uderzeniu usłyszałam przytłumiony krzyk jednego z kumpli Davesa. Wszystko zakrywała cienka warstwa mgły, jakby moje oczy przestawały działać. Zakręciło mi się w głowie. Ten, który krzyknął odwrócił się w porę i odparł cios rozwściecziego Keitha po czym zaśmiał się szyderczo.
- Mówiłem, żebyś ze mną nie zadzierał, kruszynko. - Potem walnął go w brzuch.
Mój przyjaciel zachwiał się i upadając uderzył głową o kant krzesła. Zwalił się na ziemię i przestał się ruszać. Na sali zapadła cisza.
- Nie! - Wydarłam się i wyrwałam z już luźnego uścisku. Podbiegłam do Keitha i uklękłam przy jego boku. Z nosa ciekła mu krew, oczy miał otwarte i nieruchome. - Nie. - Wyszeptałam. Wszystko zaczęło mi się rozmywać. - Nie, nie, nie. - Kręciłam głową ze łzami w oczach. Wszystko mnie bolało, ale odrzucałam to od siebie. Byłam skupiona na martwych oczach mojego przyjaciela.
- Co tu się... - Usłyszałam gdzieś w tle urwany głos dyrektora, ale w tym momencie krzyknęłam czystą rozpaczą i opadłam nieprzytomna na pierś Keitha, która już nigdy nie miała zaczerpnąć powietrza.
*
Jak nie trudno się domyśleć tej nocy nie mogłam zasnąć. Płakałam. Płakałam jak nigdy w swoim życiu.
Zawsze byłam oswojona ze śmiercią, od dziecka w końcu widziałam zmarłych ludzi, ale wraz  z odejściem Keitha poczułam, że jestem sama. Nie mam już nikogo, kto by wiedział kim naprawdę jestem. Byłam sama.
Nawet po mamie nie płakałam. Nie była co prawda najlepszą matką, ledwo wiązała koniec z końcem, zwłaszcza kiedy pojawiłam sie ja, córka przypadkowego klienta, nawet nie wiadomo którego, ale się starała. Kochała mnie a ja nie byłam w stanie uronić nad nią łzy. A za Keithem płakałam od kiedy obudziłam się w szpitalu z lekkim wstrząsem mózgu.
- Nie płacz już. - Usłyszałam jego ciepły głos. Miałam nadzieję, że przyjdzie się pożegnać.
- Keith, przepraszam. - Wyjęczałam próbując zerwać się ze szpitalnego łóżka.
- To nie twoja wina. - Uśmiechnął się. - A tak to wszystkim będzie łatwiej, rodziców i tak przecież nie mam.
- A ja? - Załkałam.
- Jesteś silna. - Powiedział miękko. - Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Pewnie. - Pokiwałam głową, ocierając łzy.
- Nie poddawaj się. - Spróbował klepnąć mnie w ramię, ale tuż przy mojej skórze pojawiła się dziwna bariera, jak zwykle gdy chciała mnie dotknąć zjawa. - Jesteś stworzona do wielkich rzeczy. Widzisz duchy! Pomagaj i bądź silna.
Pokiwałam głową i znów otarłam łzy.
- Nie oschodź! - Zawołałam rozpaczliwie, ale jego już nie było...
*
Od tamtego wydarzenia minęło wiele lat. Wiele się zmieniło. Szkołę skończyłam w toku nauczania indywidualnego, Charlie odszukała mnie na moją osiemnastkę, rok po śmieci Keitha. Ona była moją drogą do spełnienia złożonej obietnicy...
~~~
Niespodzianka!

Teraz mogę zdradzić, że co jakiś czas bd się pojawiać rozdziały o przeszłości, każdy o innej osobie. Zdradzę, że w planach mam jeszcze trzy takie :D

I jak się czytało? ;)

sobota, 2 listopada 2013

Szósty.

Wpadłam do pokoju nie siląc się nawet na pukanie. Bezceremonialnie zrzuciłam Sarę z łóżka i przycisnęłam ją do ściany trzymając za kołnierz.
- Ej! - Odezwał się Leo ostrym tonem. - Zostaw ją!
- Kim jest Sari?! - Warknęłam do dziewczyny ignorując jej brata.
- Co się stało? - Wtrącił się Stone jak zwykle spokojnym głosem pojawiając się przy moim ramieniu.
- Mój przyjaciel poświęcił życie, żeby mnie uratować przed sługami Sariego. - Wyjasniłam sztywnym głosem i dodałam z furią w głosie akcentując każdy wyraz: - Kim on jest? Powołał się na ciebie.
Dziewczyna była już czerwona.
- To wielki demon. - Wykrztusiła.
- Ona się dusi! - Warknął Leo.
- Tknij ją a cię zabiję. - Odezwała się Charlie z towarzyszącym odgłosem wyciąganego sztyletu.
- Uspokójcie się. - Nakazał Stone.
- Zamknij się. - Warknęłam na niego. - To ty mi kazałeś ich tu ściągnąć i to przez nią pan Tommy nie żyje. - Potem znów zwróciłam się do dziewczyny i poluźniłam uchwyt bo zrobiła się lekko sina. - Kłamiesz. Wielki demon został zniszczony.
- To ty zostałaś okłamana. - Wykrztusiła. - Przykro mi z powodu przyjaciela.
- Niech cię licho. - Odparłam wrogo puszczając ją.
- Który demon zaatakował? - Zapytał Leo podchodząc jednocześnie do siostry.
- Przedstawił się jako Blure. - Odparłam sztywno siadając na łóżku.
- Przewidywalne. - Powiedziała Sara pocierając gardło. - Sariego zdenerwuje wieść, że został zabity.
- W co wy pogrywacie? - Odezwała się Charlie.
- W gre, która cię nie dotyczy. - Warknął Leo prostując się.
- Ale Tatum już tak. - Dopowiedział Stone.
- Super. - Prychnęłam. - O niczym innym tak nie marzę jak walczyć z demonami.
- I tak późno cię znaleźli. - Odpała łagodnie Sara.
- Demony żywią się zagubionymi duszami. Prawie tysiąc letni okaz to dla nich największy luksus. - Powiedział Leo.
- Polują na niego już pięć wieków. - Uzupełniła Sara.
- Czyli im dłużej Stone tu przebywa tym gorzej dla nas? - Zapytałam. - I co to ma do mnie? Czemu chciał mnie zabić? Czemu nie powiedział, że przez niego a przez ciebie?
-Co dokładnie powiedział? - Spytała delikatnie.
- Muszę cię powstrzymać przed Sarą. - Zacytowałam starając się opanować cisnące się mi do oczu łzy.
- To nie ma sensu. - Prychnał Leo.
- Możliwe, że ma, ale mój umysł jest zbyt przyćmiony zmęczeniem by go zauważyć. - Odparła jego siostra.
- To wy idźcie spać a ja przygotuję wszystko do podróży. - Westchnęłam i wyszłam z pokoju a Charlie za mną.
- Po tym wszystkim nadal masz zamiar z nimi jechać?! -Oburzyła się.
- Ze względu na to mam zamiar jechać. - Odpowiedziałam bezbarwnie. - Odeślę Stona i zabiję Sariego.
-No tak. Mścij się na gościu, który zabił kluczowego z cmentarza.
- Nie odzywaj się na tematy, których nie rozumiesz! - Krzyknęłam. Po raz pierwszy od dawna byłam na prawdę wytrącona z równowagi. - To był mój przyjaciel! Uratował mi życie! Miał plany na emeryturę! Miał trójkę wnuków! Dalej myślisz, że to tylko facet z cmentarza?!
W moich oczach musiała błyskać furia bo dziewczyna się cofnęła.
- Daj mi spokój. - Pokręciłam głową. - Wyruszę z nimi a ty nie masz nic do tego. Mało tego, już nie masz nic, do niczego. Popisałaś się właśnie kompletnym brakiek wrażliwości, o co cię nie podejrzewałam. Od kilku dni zachowujesz się jak nie ty. Zwłaszcza od kiedy zjawiło się rodzeństwo. Nie wiem czemu tak robisz, ale sprawiasz, że się tobą zaczynam brzydzić.
Charlie zamurowało. Jeszcze nigdy z moich ust nie padły tak ostre słowa. Odeszłam do kuchni a ona nawet nie mrugnęła. Z portfela wyciągnęłam portfel i wyciągnęłam kartę kredytową. Potem ruszyłam do szafy po plecak.
Dobrze, że moich ubrań nie trzymam w moim pokoju..
Kiedy skończyłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy i trochę się uspokoiłam ktoś zapukał do drzwi.
Rzuciłam okiem na zegarek, 3.42 nad ranem.
Z ciekawością otworzyłam drzwi.
- Babcia? - Zdziwiłam się.
- Cześć, kochanie. - Uśmiechnęła się ciepło. - Dobrze, że nie śpisz, bałam się, że cię obudzę.
- Tak... Bo wiesz, mamy gości i jutro wyjeżdżam, więc nie mogę spać. Rano miałam zadzwonić i ci powiedzieć bo trochę to niespodziewane...- Mówiłam to stojąc w drzwiach. Nie miałam zamiaru jej wpuszczać, nie kiedy w pokoju obok śpi ktoś, kogo jej wykradłam. Jak kolwiek by to nie brzmiało.
- Wyjedżasz? - Zrobiła zawiedzioną minę. - Gdzie?
Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia dokąd się wybieram...
- W kilka miejsc. - Powiedziałam bez zawachania. - Z przyjaciółmi, zrobili mi niespodziankę na zaległe urodziny.
- Ach tak? - Zrobiła minę pełną wątplowości. -Jakimi przyjaciółmi? Przecież urodziny już dawno miałaś.
- Babciu... Nie jestem już dzieckiem. Nie musisz kontrolować mojego życia. Dopiero teraz dostali okazję na sprezentowanie mi tej wycieczki. - Udałam urażone dziecko.
- Kochanie, ja się tylko martwię. - Usprawiedliwiła się.
- I dlatego przychodzisz o 4 nad ranem? - Rzuciłam z irytacją. Strasznie łatwo mnie wytrąciła z równowagi.
- Ja... - Zawachała się. - Chciałam cię zapytać czy nie widziałaś może Imogen. Nigdzie nie mogę jej znaleźć.
- Nie. Nie widziałam jej. - Odpowiedziałam ostro. Przywoływanie jej nie poprawiało mi nastroju. - Przykro mi. - Skłamałam.
- No nic. - Nie wyglądała na specjalnie zmartwioną. - To nie przeszkadzam. Miłego wyjazdu.
- Dziękuję. - Spróbowałam się uśmiechnąć.
Ucałowałyśmy się i kobieta odeszła.
- Uwierzyła Imogen, że to ty ukradłaś wisiorki. - Odezwał się Stone za moimi plecami.
- Bo to ja je ukradłam. - Przypomniałam mu kierując się ku kanapie.
- Byłem pod wielkim wrażeniem tego co powiedziałaś Charlie. - Powiedział z pełną powagą, bez cienia kpiny.
- Bo mnie zdenerwowała. I na prawdę zachowuje się jak nie ona.. - Westchnęłam i zmieniłam temat - Denerwujesz się?
- Raczej ekscytuję. - Odpowiedział wesoło.
- Nie będziesz tęsknił? - Zapytałam rozkładając pościel.
- Możliwe. - Odparł poważnie. - Ludzie są niesamowici gdy myślą, że nikt ich nie widzi. - Zaśmiał się.
- Czemu wierzysz, że mi się uda? - Zapytałam zagrzebując się w kołdrze.
- Bo ci ufam. - Jego twarz pojawiła się przed moją. -Bo jesteś wyjątkowa, ale jeszcze w siebie nie wierzysz.
- Jak mogę wierzyć gdy nie potrafię obronić się ani staruszka przed demonem? - Wyszeptałam.
- Wszystko wymaga czasu. - Uśmiechnął się ciepło. Takiego lubiłam go najbardziej. Ciepłego, miłego i przyjaznego. W tych chwilach miałam uczucie, że nawet zjawy potrafią czuć więcej niż chłodną nienawiść.
- Dobranoc. - Powiedział cicho.
- Dobranoc. - Odszepnęłam i chwilę potem odpłynęłam...
~~~
Dobry wieczór :3
I jak się czytało?
Mam nadzieję, że dobrze :)

Czytasz=Komentujesz
Dziękuję :*

Dobranoc :D

czwartek, 31 października 2013

Piąty.

Do zmroku siedziałam na cmentarzu aż zauważył mnie dozorca.
Bardzo miły, starszy człowiek. Zawsze elegancki, ciepły i wyrozumiały dla ludzi sentymentalnych, jak ja.
- Odprowadzę cię do bramy. - Zaproponował uprzejmie.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się ciepło.
- Wiesz - zaczął mężczyzna. - Kiedy zacząłem tu pracować i pierwszy raz cię spotkałem, myślałem, że zwariowałaś.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. To było prawie dwa lata temu. Było co najmniej tak zimno jak jest teraz i pan Tommy podszedł do mnie z kocem i ciepłym szalem. Wyjaśniłam, że często przychodzę tu pomyśleć, wyciszyć się...
- Ale teraz już rozumiem. - Ciągnął spokojnie. - Pracuję tu prawie dwa lata i bardzo wiele się nauczyłem. Od ludzi tu przychodzących, od ciebie... Myślę, że pora na emeryturę. Tą końcową, a nie tą, na której jestem. - Zaśmiał się cicho, pod nosem.
- Człowiek całe życie się uczy a głupi umiera. - Powiedziałam myśląc o tym, że on nic nie wie o tym cmentarzu ani o żadnym innym cmentarzu.
- Święta prawda! - Uniósł palcec do góry w zabawnym geście.
Mijaliśmy właśnie grób Cecila Dogsa, nastolatka, który popełnił samobójstwo.
Jak zwykle siedział na płycie i patrzył w dal nic nie widzącym wzrokiem...
Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy poczułam do niego straszne współczucie. Nie wiedziałam co go popchnęło do takiego strasznego czynu, ale nie mogłam mu pomóc. Samobójcom nie można i nie da się pomóc. Są skazani na, przypominającą wieczność, tułaczkę po świecie w stanie takim jak Stone czy Amanda.
Gdy tak rozmyślałam usłyszałam wrzask. Nieludzki, skrzeczliwy, straszny. Zatrzymałam się w pół kroku.
- Co się stało? - Zapytał mnie pan Tommy.
"Musiał to usłyszeć." Przeszło mi przez myśl. "Duchy nie wydają takich odgłosów. Więc jeśli ja to usłyszałam a zwykły człowiek nie to musi być..."
- Demon. - Szepnęłam.
Wtedy wrzask rozległ się po raz drugi. Tym razem głosniej. I bliżej. Poczułam jak włoski jeżą mi się na karku.
- Co się... - Zaczął pan Tommy, ale przerwałam mu i chwyciłam go za nadgarstek.
- Proszę nic nie mówić i iść za mną. - Mówiłam szybko i szeptem. - Proszę mi zaufać.
Przytaknął głową i ruszył za mną. Nie wiedziałam czemu to zrobił, ale nie narzekałam.
Szłam szybko, ale tak żeby nadążył za mną starszy mężczyzna. Przy tym grzebałam w dużych kieszeniach płaszcza.
- Gdy jest potrzebny to nigdy go nie ma... - Mruczałam pod nosem.
Wtedy kątem oka zauważyłam cień po mojej lewej. - Cholera!
Do bramy było jakieś sto metrów.
- Proszę otworzyć tą kaplice i się w niej zamknąć. - Powiedziałam twardo i cicho. - Szybko.
Mężczyzna zagrzechotał kluczami.
Trzymając ręce ukryte w kieszeni wybrałam szybkie dzwonienie do Charlie, nie wyciągając telefonu.
- To nicccc nie daaa. - Rozległ się syczący i przeciągający ostatnie dźwięki głos. Tak bardzo dla nich typowe.
- Nie waż się atakować. W imieniu Międzyświatowej Rady Nieśmiertelnej oficjalnie informuję cię, że jesteś w strefie zagrożonej. Masz jeszcze szanse się wycofać. - Wyrecytowałam mając nadzieję, że ten demon jest tylko na zwykłym polowaniu i nie wie z kim ma doczynienia i że nie chce wchodzić w drogę Radzie.
Co oznacza regułka? Po krótce:
Międzyświatowa Rada Nieśmiertelna to Szamani, Media i Duchy zbierający się raz na rok by omówić ważne sprawy, zwykłe przypadki, ciężkie przypadki, dziwne przypadki, ustanawia prawa według, których Media i Szamani mają się kierować i zasady postępowania demonów i wobec demonów.
Strefa zagrożona to takie miejsce i czas gdzie "mój świat" może być zagrożony poznaniem prawdy przez zwykłego człowieka.
Zazwyczaj nie bawię się w takie rzeczy, nigdy nawet nie byłam na zebraniu rady, ale oficjalnie jej służę i mogę się na nią powoływać.
- Radaa ci terazzzz nie pomożeee. - Odezwał się głos. Za sobą słyszałam jak zdenerwowany pan Tommy zmaga się z zamkiem.
- Odejdź. - Mój głos był pewny i twardy, w przeciwnieństwie do mnie samej.
- Musssszzzęęę cię powstrzymać przed Saaarą. - Wysyczał.
- Dlaczego? - Zapytałam zaskoczona.
- Sssssarriii każeee, Blurrrree robiii. - Wysyczał stwór i rzucił się na mnie wychodząc z cienia.
W jednej chwili zarejestrowałam:
demon był obrzydliwy; przypominał wielkiego, stojącego na dwóch łapach, ogolonego niedźwiedzia z ciemną skórą i ciemną pianą wyciekającą z pyska;
Pan Tommy przekręcił zamek;
znicz leżący na grobie obok znalazł się najpierw w mojej ręce a potem stłukł się na głowie demona.
Stór zaskowyczał, ale przycisnął mnie do ziemi. Jego pazury mignęły przed oczami i poczułam ich chłód na twarzy.
Zamknęłam oczy gotowa na śmierć gdy poczułam, że ciężar znika.
Zdziwiona otworzyłam oczy i zobaczyłam Blure na ziemi obok mnie z krwawą dziurą w boku.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam pana Tommy'ego z mieczem. Takim samym jak moim (którego oczywiście nie miałam przy sobie) tylko czerwonym. Ze zdziwienia otworzyłam buzię.
- Mało brakowało. - Powiedział poważnie.
- Pan...? Jest...? - Próbowałam sklecić zdanie.
- Pracuję dla Rady od 53 lat. - Wyjawił z nieśmiałym uśmiechem.
Otrząsnęłam się i podniosłam z ziemi.
- Dziękuję. - Powiedziałam.
- Nie ma sprawy, dzie... - Urwał a twarz mu znieruchomiała.
- Panie Tommy? - Zapytałam po czym krzyknęłam gdy jego głowa opadła na ziemię. Bez ciała...
Ciągle wrzeszcząc zaczęłam deptać truchło demona, który ostatnim tchnieniem odciął mojemu towarzyszowi głowę.
W takim stanie znalazła mnie Charlie.
- Hej! - Zawołała odciągając mnie od resztek stwora. - Uspokój się!
Ogarnęła wzrokiem otoczenie.
-Co tu się stało...? - Wyszeptała.
~~~

Jak się podobało?

Każda opinia jest dla mnie ważna! :)