- Gdzie ten budzik do jasnej cholery... - Wymruczałam uwalniając się z pościeli i szukając telefonu by wyłączyć uciążliwe brzęczenie.
- To takie skąplikowane czasy... - Usłyszałam dziewczęce westchnienie.
- Żebyś wiedziała. - Mruknełam wyłączając sprzęt i przeciągając się leniwie. Te kilka godzin snu, wcale nie sprawiło, że czułam się jak nowonarodzona.
Wtedy dotarło do mnie z kim rozmawiam i co się wczoraj stało. Ton mojego głosu stał się bardziej suchy.
- Jedliście coś? - Mimo wszystko starałam się być życzliwa.
- Stwierdziliśmy, że obsłużenie się bez twojej wiedzy może ci być nie na rękę i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
Lekko mnie zatkało i wydusiłam:
- Nie trzeba było. Już coś robię.
Wstałam z kanapy i ruszyłam do kuchni. W drzwiach wpadłam na Leo.
- Jednak lubię te czasy. - Stwierdził zmierzając mój strój wzrokiem.
Zarumieniłam się lekko, ubrana byłam w obcisłą podkoszulkę i krótkie szorty.
- Zapominam, że żyjecie manierami innej epoki. - Usprawiedliwiłam się. - Dajcie mi chwilkę. - Poprosiłam i poszłam do łazienki.
Chwila ogarnięcia i już byłam gotowa do godnego reprezentowania czasów dzisiejszych.
- Chcecie kawy? - Zapytałam będąc już w kuchni.
- Nie wyglądasz na tak zamożną. - Zdziwił się Leo.
- Teraz kawa jest powszechna. - Upomniała go siostra. - Poprosimy.
- Może wyjdę na ciekawską, ale kiedy ostatnio byliście... aktywni? - Moja ciekawość przezwyciężyła niechęć.
- W 1900 roku. - Odpowiedziała obojętnie Sara.
- To dużo się pozmieniało. - Gwizdnęłam pod wrażeniem.
- Stone nam opowiedział. - Uśmiechnął się Leo. Kiwnęłam głową i nastała cisza.
- Wiem, że ze względu na wczorajsze wydarzenia nie darzysz nas sympatią, ale zrobimy wszystko by to naprawić. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że tyle poświęcasz dla dusz i pomożemy jak tylko potrafimy.- Powiedziała w końcu Sara. Spojrzałam na nią zdziwiona. - Musimy sobie ufać, skoro mamy razem pracować.
Kiwnęłam powoli głową.
- Wiem. - Powiedziałam. - I przepraszam za wczoraj. - Wskazałam na jej szyję - Poniosło mnie.
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnęła się szeroko pokazując dołeczki w policzkach.
- I nastała wielka miłość. - Usłyszałam kwaśny głos Charlie wchodzącej do kuchni.
- Szkoda, że jak zwykle musisz być przeciwko wszystkiemu. - Westchnęłam i położyłam na stole talerz z kanapkami. - Proszę się częstować.
Potem zrobiłam kawy i dołączyłam do jedzących, w ciszy.
- Przygotowałam wam ubrania. - Powiedziałam do rodzeństwa gdy skończyliśmy jeść.
- Dziękujemy. - Uśmiechnęła się nieśmiało Sara i poszli się przebrać. Ja zabrałam się za zmywanie.
- Nie rób tego. - Powiedziała stanowczo Charlie stając obok mnie.
- Skończ temat. - Powiedziałam ostro. Cały czas byłam na nią zła. - Nie potrafisz zrozumieć moich powodów bo jesteś strasznie ograniczona, albo coś przede mną ukrywasz. Jadę z nimi i koniec tematu.
- Wreszcie zaczynasz rządzic swoim życiem. - Usłyszałam zadowolony głos Stona za moimi plecami.
- Super. - Głos Charlie był przesycony furią. - Tylko pamiętaj, że jak wrócisz do miasta twoje rzeczy będą u twojej babci. Nie chcę cię widzieć na oczy. - Wypluła ostatnie słowa i wyszła z pomieszczenia.
Zastygłam zdziwiona. Często się kłóciłyśmy, ale nigdy aż tak... Zazwyczaj to ona krzyczała i stawiała na swoim. Tym razem nie zamierzałam odpuścić. Coś przede mną ukrywała, ale nie zamierzałam tego wyciągać siłą.
- Mam nadzieję, że jesteś tego warty. - Mruknęłam do zjawy.
- Myślałem, że jestem wart wszystkiego. - Odparł z udawaną nutą zawodu w głosie.
- Czym ja bez niej będę? - Wyszeptałam ze łzami w oczach. - Potrzebuję jej.
- Potrzebowałaś. - Poprawił mnie Stone zbliżając się do mni. - Keith i tak jest z ciebie dumny. Ja też jestem. Bo robisz dobrze.
- Skąd ty wiesz... - Zaczęłam zdziwiona, ale przerwał mi Leo:
- Gotowi.
- No to ruszamy. - Powiedziałam już pewnie ocierając ostatnią łzę i prostując się. - A gdzie, tak w ogóle?
- Do mojego domu. - Odparł Stone. - A właściwie do miejsca gdzie kiedyś stał.
- Po co? - Zapytałam powoli.
- Tak stare duchy jak Stone rządzą się innymi prawami. - Zaczęła Sara. - Żeby je odprawić potrzeba domowej ziemi, popiołu ze świętego drzewa i cząstki dawnego życia.
- Czemu mi wcześniej tego nie powiedziałeś? - Zapytałam ducha.
- Bo szukaliśmy medalików. - Odparł Stone. - Po ostatniej próbie musiałem znaleźć bardzo silne Medium. Gdy cię odnalazłem okazało się, że straciłem rodzeństwo z oczu. Trochę mi zajęło ponowne ich odnalezienie.
- Właściwie, to jak nas znalazłeś? - Zapytał Leo.
- To historia na inną porę, Leo. - Zganiła go siostra. - Teraz mamy ruszać.
- Zajdziemy jeszcze do mojego przyjaciela. - Oznamiłam. - Nie jesteśmy teraz bezpieczni a nie macie żadnej broni a raczej się przyda jak ściga nas wielki demon.
- Broni? - Zdziwił się Leo. - Na demony działa tylko magia.
- Długo was nie było. - Uśmiechnęłam się zadziornie. - Trochę się pozmieniało.
*
- Cześć Robby. - Przywitałam się wchodząc do małego sklepiku.
- Tatum! - Zza zaplecza wyszedł wysoki brunet z kocimi oczami. Widać, że bardzo się ucieszył na mój widok. - Aż boję się pytać o to co cię tu sprowadza, twój miecz?
- Mój miecz jest mało praktyczny. - Odparłam. - Potrzebuję wyposażenia na podróż wśród ludzi, dla siebie i dwóch innych osób. - Powiedziałam uśmiechając się zalotnie.
Nie patrząc nawet na moich towarzyszy z trudem oderwał ode mnie wzrok i rozejrzał się po sklepie po czym otworzył wejście do piwnicy.
- Daj mi chwilę. - Powiedział i zniknął w ciemnościach.
- Biedny... - Westchnął złośliwie Leo.
- Nie wiedziałem, że tak potrafisz. - Zdziwił się Stone.
- Tylko tak zdobędę tę broń za cenę, która mi odpowiada. - Powiedziałam zawstydzona.
Tę metodę zdobywania broni za pół ceny odkryła Charlie. To ona zauważyła, że Robby ma do mnie słabość i to ona powiedziała mi co robić...
- Chcecie coś wiedzieć o broni na demony? - Zmieniłam temat. Kiwneli żywo głowami. Tylko Stone dalej przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy.
Wyciągnęłam z głębokiej kieszeni płaszcza mój sztylet, który był moją pierwszą bronią...
- To jest Stardinger. - Powiedziałam. - Od nazwiska stwórcy. Wykuty z metalu nasączonego krwią czarownicy. - Sara wciągnęła głośno powietrze. - Krew jest dana dobrowolnie. - Uspokoiłam ją z uśmiechem. - Potem czarownica, która oddała krew musi go ochrzcić i zabić demona.
- I Rada pozwoliła na coś takiego? - Zakpił Leo. - Za kogo ty nas masz? Przecież były postanowienia, ugody i wybaczenia...
- Chodzi ci o porozumienie z demonami? - Upewniłam się. Kiwnął głową. - Zostało zerwane podczas pierwszej wojny światowej...
- Mam dwa sztylety, katanę, kołczan strzał, rzutki i szablę. - Przerwał nam Robby rzucając worek z bronią na ladę.
- Wybierajcie. - Powiedziałam z uśmiechem.
Po chwili zastanowienia rodzeństwo wzięło po sztylecie z ozdobnymi rękojeściami.
- Twój nazywa się Obirius, bardzo lekki i cienki. Przydatny na ataki z zaskoczenia w delikatne miejsca. - Wyjaśnił Robby Sarze a potem zrócił się do Leo:
- Z twoim jest trochę bardziej skomplikowanie. - Podrapał się po brodzie. - Ostatnim jego właścicielem był jego stwórca, który zaginął w bardzo dziwnych okolicznościach... No, ale nazywa się Starling i wielu uważa, że jest przeklęty.
- Idealny dla mnie. - Uśmiechnął się chłopak ku zdziwieniu Robbiego.
- Ja wezmę jeszcze rzutki. - Dodałam z lekkim uśmiechem i podałam kartę.
- Gdzie się wybieracie? - Zapytał jak gdyby nigdy nic. - I nie ma z tobą... tej... jak jej tam... Przyjaciółki, no!
- Charlie? - Podpowiedziałam.
- Tak! Tak, no.
- Może kiedyś ci opowiem. - Odparłam zalotnie.
- Ja bardzo za! - Ucieszył się. - Cena ta co zawsze za wszystko... - Mruknął do siebie. - To będzie 1240 funtów... - Potem oddał mi kartę i rachunek.
Pożegnaliśmy się i wyszliśmy.
-Dziwne to miasto. - Stwierdziła Sara. - Żeby od tak kupować broń na demony w zwyłym sklepie...
- Obrzeża Londynu zawsze kryły masę tajemnic. - Powiedziałam przyjaźnie.
- I nawet nie wiesz ile jeszcze kryją... - Dodał zadziornie Stone.
~~~
Przepraszam, że tak późno.
Brak weny i mało czasu...
Wyszło mi takie krótkie i mało konkretne coś.
Rozdziału następnego można się spodziewać w środę. :)
Proszę o komentarze :3
Że krótkie to się zgodzę, bo te opowiadanie mogłabym czytać godzinami <3
OdpowiedzUsuńAle mało konkretne? Nie powiedziałabym. Ciekawi mnie sprawa tej przyjaźni. To znaczy dlaczego Charlie jest aż tak uparta...