piątek, 20 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

- Jestem już stary. - Mówił staruszek do chłopca. - Za mojego panowania odeszło wiele wielkich osób. Nelson Mandela, Paul Walker, Cory Monteith... Ale życie dostało wiele postaci, których czas dopiero nadejdzie, takich jak Royal Baby. Zdarzyło się wiele tragedii, na które nie miałem wpływu, np. Maraton w Bostonie. Mam nadzieję, że za mojego panowania nie brakowało też szczęśliwych chwil.
Zamilkł na chwilę.
- Myślę, że mimo wszystko to był dobry rok. - Powiedział w końcu. - Wielu ludzi przeżyło wspaniałe momenty swojego życia. A święta... - Zamyślił się. - Święta są piękne co roku. Ale w moim były magiczne. Pełne miłości, radości, zaufania i ciepła. Każdy powinien zadbać by takie były.
Znowu zamilkł, zatopił się we własnych myślach gładząc długą, siwą brodę. Potem, jakby nagle, przypomniał o chłopcu.
- Czeka cię ciężkie zadanie. - Powiedział kiwając pouczająco palcem wskazującym. - Musisz pamiętać, że każdy potrzebuje radości i smutku, ciepła i zimna, świąt i pracy. Pamiętaj o tym a będziesz wspaniałym Nowym Rokiem.
- Dobrze, Stary Roku. - Odpowiedział chłopiec i w tym momencie za oknem rozległo się odliczanie zebranego tłumu.
Staruszek uśmiechnął się, a gdy tłum doliczył do zera i w niebo wystrzeliły kolorowe ognie, zamknął oczy i zasnął.
Dziecko wstało i podeszło do okna.
- Będzie dobrze. - Powiedziało.

***

Tą krótką historyją chciałam życzyć wam wesołych, pogodnych i ciepłych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego i szalonego Nowego Roku i spełnienia marzeń i planów w roku 2014. :*

Nowego rozdziału nie będzie już w tym roku ponieważ wyjeżdżam :c
Ale głowa do góry i tak pewnie będziecie mieć dużo roboty :D

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze :*

Paulina

czwartek, 21 listopada 2013

Chwila uwagi.

1. Przepraszam za ciszę na blogu :c Jakoś mam stop weny na te opowiadanie, przepraszam :c To silniejsze ode mnie :c
2. Pisałam przez ten czas takie jedno opowiadanie... Nie udostpęniam go bo wydaje mi się zbyt skąplikowane... Ogarnelibyście historie 19 postaci? Najpierw szczegółową 10 a potem ich wspólną. Jest to opowiadanie o ludziach zmagających się z różnymi kłopatami i ze zdolnościami, których niepojmują. Połączy ich tajemnicza organizacja na pozór proponująca pomoc...
3. NAPRAWDĘ PROSZĘ O OPINIĘ. TO DLA MNIE WAŻNE.
4. Rozdziału na tym blogu możecie się spodziewać do końca tygodnia :p

piątek, 15 listopada 2013

Ósmy.

Jeżeli wyobrażaliście sobie, że współczene, bohaterskie misje są powalającymi na kolana podróżami to muszę was rozczarować.
Podróżowaliśmy przeludnionym, brudnym i dusznym pociągiem. W przedziale siedziała nasza trójka, kobieta z mniej więcej sześcioletnim dzieckiem i studentka.
Jak na taki mały przedział było to zdecydowanie za dużo, nawet nie można było swobodnie porozmawiać. Już nie mówiąc o jakiejkolwiek dyskusji ze Stonem. Niestety nie przeszkadzało mu to w prowadzeniu długich monologów...
- Nie żebym chciał cię dołować, ale uprzedzałem cię. - Trajkotał. - Mieszkać u twojej babci nie będzie najlepiej. W końcu dalej nie wiemy czemu dokładnie była w posiadaniu Sary i Leo. Nawet się zdziwiłem gdy wyszło, że to u niej się znajdują. Niby taka stara babunia a takie sekrety. Chociaż i tak stawiam, że maczała w tym palce ta jej przyjaciółka, Imogen. Ale to już od ciebie zależy czy będziesz w tym dalej grzebać...
Jego przemowa działała mi na nerwy, więc wyciągnęłam książkę.
- To jego się jeszcze czyta? - Zdziwił się Leo spoglądając na okładkę Dziadów, Mickiewicza. Studentka spojrzała na niego pobłażliwie.
-Moje klimaty. - Zażartowałam nieśmiało.
- Niby tak, ale co Mickiewicz wiedział o duchach? - Zastanawiał się chłopak. - No bo przecież Medium nie był... - Przerwała mu siostra chrząknięciem patrząc znacząco na licealistkę, która podsłuchiwała rozmowę zza ekranu telefonu.
Leo westchnął przeciągle i oparł głowę o siedzenie. Przydługa grzywka opadła mu z czoła odsłaniając całą i pokazując podłużną bliznę biegnącą w poprzek prawej brwi. Była gruba i postrzępiona.
Miałam ochotę o nią zapytać, ale nie odważyłam się. Nie w tym miejscu i nie jego.
Emanował taką pewnością siebie i taką innością, że jeśli nie byłaś odpowiednio nabuzowana to lepiej było nie wchodzić mu w drogę.
- ...Poza tym strzałki? - Kontynuował niezrażony brakiem słuchających Leo. - Za moich czasów by cię wyśmiali. To żadna broń, ja wam mówię...
- Sara! - Powiedziałam byle tylko mu przerwać. - Czym się interesujesz? - Spojrzała na mnie zaskoczona nagłym zainteresowaniem, ale odpowiedziała uprzejmie:
- Dużo czytałam, zanim zaczęłam pracę. Teraz wszystko skupia się tylko na niej. Kiedyś słuchałam też dużo muzyki.
- Jesteś w posiadaniu tego urządzenia do przenośnego słuchania muzyki o którym wspominał Stone? - Zainteresował się Leo. Zaśmiałam się jakby takie pytania były normalnością, ignorując zdziwione spojrzenie kobiety, której synek spał na kolanach.
- Oczywiście, że mam. -Pokazałam mu i włączyłam urządzenie. Ucieszyłam się, że nie okazał zdziwienia ani przesadnego podniecenia.
Ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu okazało się, że zawartość mojej MP3 przypadła mu do gustu, więc miałam go z głowy.
Jego siostra zaczęła czytać książkę a mnie zaczęło się nudzić. Patrzyłam przez okno usypiana miarowym rytmem pociągu. Nawet nie zauważyłam kiedy powieki mi opadły i zapadłam w lekki sen...
*
Obudził mnie kobiecy krzyk. Zdziwiona otworzyłam szeroko oczy i ogarnęłam sytuację w przedziale:
Dziecko stojące przy moim plecaku, mające w ręce mój sztylet, jego spanikowana matka, zdziwiona studentka i zastygli w przerażeniu Sara i Leo.
-Lepiej zwiewajcie zanim ktoś przyjdzie. - Odezwała się studentka poważnym tonem. Spojrzałam na nią zdziwiona, ale otrzeźwiałam i zabrałam dziecku broń.
"Nie dobrze." Myślałam. "Jak nas przeszukają to mamy przesrane."
- Ruszcie się! - Machnęłam do rodzeństwa. Wreszcie odzyskali władzę nad sobą i chwycili swoje plecaki. - Za mną. - Nakazałam. I nawet się zdziwiłam gdy mnie posłuchali bez zająknięcia. Charlie zawsze kwestionowała moje przywództwo i była to miła odmiana.
Kiedy wyszliśmy z przedziału już gromadzili się ludzie gotowi na widowisko, zwabieni krzykiem. Zdenerwowana przecisnęłam się przez tłum i gorączkowo zastanawiałam się co robić. Popędziłam, a za mną Sara i Leo, do następnego wagonu.
- Tam szli! - Rozległ się męski głos.
- Niech to szlag. - Zaklełam i w tym momencie uświadomiłam sobie, że pociąg zwalnia. - Trzeba zyskać na czasie. - Mruknęłam.
- Przepraszam, co mówiłaś? - Zapytała Sara.
- Trzeba zyskać na czasie. Zaraz będzie stacja. - Powtórzyłam głośniej. Dziewczyna zastanowiła się chwile i uśmiechnęła się złośliwie. Leo jęknął:
- Znam ten umśmiech...
Brunetka wyciągnęła z bocznej kieszeni woreczek z brokatem.
Wysypała sobie na rękę i zaczęła mruczeć pod nosem. Po chwili brokat się zapalił i zaczął intensywnie dymić.
- Zasłoń usta. - Mruknął do mnie jej brat. Posłusznie zakryłam rękawem usta, a dym wypełnił cały wagon.
Zdziwiona zobaczyłam, że wszystko w nim jakby zastygło. Ludzie przestali się ruszać, mrugać, gadać, krzyczeć itp.
Chciałam się zapytać jakim cudem, ale wolałam nie odsłaniać ust.
Dosłownie po chwili pociąg się zatrzymał. Drzwi się otworzyły a dym rozwiał się prawie natychmiast.
- Szybciej! - Sara pociągnęła mnie za kurtkę i wybiegliśmy z pociągu.
Nie zwalniając opuściliśmy dworzec. Dopiero za rogiem jakiegoś budynku zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Podzieliłam się tą myślą z moimi towarzyszami.
- Chodźmy najpierw coś zjeść. - Zaproponowała Sara. - Na głodnego ciężko się myśli.
*
- Zwykły czar zatrzymujący. - Tłumaczyła gdy czekaliśmy na jedzenie. - Robiłam to już nie raz.
- Przynajmniej Stone przestał gadać. - Zaśmiał się Leo.
- O tak. - Przyznalam mu racje ze śmiechem.
- To są same dobre rady. - Powiedział duch dumnie. - Jeszcze wam uratują życie.
Sara wybuchnęła śmiechem.
- W ogóle opowiedzcie nam o tym jak nas znaleźliście. - Zaproponował nagle Leo.
- To bardzo interesująca historia, no nie, Tatum? - Powiedział Stone złośliwie. - Zaczęło sie od tego, że powiedziałaś, że twoja babcia na pewno nie ma nic wspólnego z Sabatem, Radą ani duchami.
- Bardzo się na niej zawiodłam. -Przypomniałam mu suchym tonem.
W tym momencie podeszła do nas kelnerka, która trzepocząc rzęsami i wpatrując się w Leo podała nam jedzenie. - To rozmowa na inną porę. - Powiedziałam i postanowiłam o coś zapytać:
- Czemu Sara widzi i słyszy Stona?
- Bo jestem związana krwią z Medium. - Odparła bez zawachania Sara. - Jestem Szamanem Widzącym. Taki przywilej bycia częścią Przeklętego rodzeństwa.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
Jakiś czas jedliśmy w milczeniu, ale w koncu zadałam inne dręczące mnie pytanie.
- Pan Tommy nie usłyszał Demona. - Zaczęłam. - Ale potrafił go zabić, czyli musiał go widzieć.
- Może nie tyle widzieć, co o nim wiedzieć. - Podsunął Leo.
- Ale to oznacza, że nie był Medium. Co najwyżej Szamanem. - Dodał Stone.
- Na to bym nie stawiała. - Wtrąciła Sara. - Szaman nie używałby broni. Ja używam tylko z ciekawości.
- To kim on był? - Zapytałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi.
~~~
Przepraszam :c Obiecałam na środę, ale rodzice, ładowarka i telefon zwrócili się przeciwko mnie :c

Ale jest i mam nadzieję, że się wam podoba bo mi tak średnio :p

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

Jeżeli powiem wam, że bardzo mi zależy na sprawdzeniu obecnoścu, to napiszecie choćby "obecna"?

Dobranoc :*

poniedziałek, 11 listopada 2013

Siódmy.

- Gdzie ten budzik do jasnej cholery... - Wymruczałam uwalniając się z pościeli i szukając telefonu by wyłączyć uciążliwe brzęczenie.
- To takie skąplikowane czasy... - Usłyszałam dziewczęce westchnienie.
- Żebyś wiedziała. - Mruknełam wyłączając sprzęt i przeciągając się leniwie. Te kilka godzin snu, wcale nie sprawiło, że czułam się jak nowonarodzona.
Wtedy dotarło do mnie z kim rozmawiam i co się wczoraj stało. Ton mojego głosu stał się bardziej suchy.
- Jedliście coś? - Mimo wszystko starałam się być życzliwa.
- Stwierdziliśmy, że obsłużenie się bez twojej wiedzy może ci być nie na rękę i zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
Lekko mnie zatkało i wydusiłam:
- Nie trzeba było. Już coś robię.
Wstałam z kanapy i ruszyłam do kuchni. W drzwiach wpadłam na Leo.
- Jednak lubię te czasy. - Stwierdził zmierzając mój strój wzrokiem.
Zarumieniłam się lekko, ubrana byłam w obcisłą podkoszulkę i krótkie szorty.
- Zapominam, że żyjecie manierami innej epoki. - Usprawiedliwiłam się. - Dajcie mi chwilkę. - Poprosiłam i poszłam do łazienki.
Chwila ogarnięcia i już byłam gotowa do godnego reprezentowania czasów dzisiejszych.
- Chcecie kawy? - Zapytałam będąc już w kuchni.
- Nie wyglądasz na tak zamożną. - Zdziwił się Leo.
- Teraz kawa jest powszechna. - Upomniała go siostra. - Poprosimy.
- Może wyjdę na ciekawską, ale kiedy ostatnio byliście... aktywni? - Moja ciekawość przezwyciężyła niechęć.
- W 1900 roku. - Odpowiedziała obojętnie Sara.
- To dużo się pozmieniało. - Gwizdnęłam pod wrażeniem.
- Stone nam opowiedział. - Uśmiechnął się Leo. Kiwnęłam głową i nastała cisza.
- Wiem, że ze względu na wczorajsze wydarzenia nie darzysz nas sympatią, ale zrobimy wszystko by to naprawić. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że tyle poświęcasz dla dusz i pomożemy jak tylko potrafimy.- Powiedziała w końcu Sara. Spojrzałam na nią zdziwiona. - Musimy sobie ufać, skoro mamy razem pracować.
Kiwnęłam powoli głową.
- Wiem. - Powiedziałam. - I przepraszam za wczoraj. - Wskazałam na jej szyję - Poniosło mnie.
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnęła się szeroko pokazując dołeczki w policzkach.
- I nastała wielka miłość. - Usłyszałam kwaśny głos Charlie wchodzącej do kuchni.
- Szkoda, że jak zwykle musisz być przeciwko wszystkiemu. - Westchnęłam i położyłam na stole talerz z kanapkami. - Proszę się częstować.
Potem zrobiłam kawy i dołączyłam do jedzących, w ciszy.
- Przygotowałam wam ubrania. - Powiedziałam do rodzeństwa gdy skończyliśmy jeść.
- Dziękujemy. - Uśmiechnęła się nieśmiało Sara i poszli się przebrać. Ja zabrałam się za zmywanie.
- Nie rób tego. - Powiedziała stanowczo Charlie stając obok mnie.
- Skończ temat. - Powiedziałam ostro. Cały czas byłam na nią zła. - Nie potrafisz zrozumieć moich powodów bo jesteś strasznie ograniczona, albo coś przede mną ukrywasz. Jadę z nimi i koniec tematu.
- Wreszcie zaczynasz rządzic swoim życiem. - Usłyszałam zadowolony głos Stona za moimi plecami.
- Super. - Głos Charlie był przesycony furią. - Tylko pamiętaj, że jak wrócisz do miasta twoje rzeczy będą u twojej babci. Nie chcę cię widzieć na oczy. - Wypluła ostatnie słowa i wyszła z pomieszczenia.
Zastygłam zdziwiona. Często się kłóciłyśmy, ale nigdy aż tak... Zazwyczaj to ona krzyczała i stawiała na swoim. Tym razem nie zamierzałam odpuścić. Coś przede mną ukrywała, ale nie zamierzałam tego wyciągać siłą.
- Mam nadzieję, że jesteś tego warty. - Mruknęłam do zjawy.
- Myślałem, że jestem wart wszystkiego. - Odparł z udawaną nutą zawodu w głosie.
- Czym ja bez niej będę? - Wyszeptałam ze łzami w oczach. - Potrzebuję jej.
- Potrzebowałaś. - Poprawił mnie Stone zbliżając się do mni. - Keith i tak jest z ciebie dumny. Ja też jestem. Bo robisz dobrze.
- Skąd ty wiesz... - Zaczęłam zdziwiona, ale przerwał mi Leo:
- Gotowi.
- No to ruszamy. - Powiedziałam już pewnie ocierając ostatnią łzę i prostując się. - A gdzie, tak w ogóle?
- Do mojego domu. - Odparł Stone. - A właściwie do miejsca gdzie kiedyś stał.
- Po co? - Zapytałam powoli.
- Tak stare duchy jak Stone rządzą się innymi prawami. - Zaczęła Sara. - Żeby je odprawić potrzeba domowej ziemi, popiołu ze świętego drzewa i cząstki dawnego życia.
- Czemu mi wcześniej tego nie powiedziałeś? - Zapytałam ducha.
- Bo szukaliśmy medalików. - Odparł Stone. - Po ostatniej próbie musiałem znaleźć bardzo silne Medium. Gdy cię odnalazłem okazało się, że straciłem rodzeństwo z oczu. Trochę mi zajęło ponowne ich odnalezienie.
- Właściwie, to jak nas znalazłeś? - Zapytał Leo.
- To historia na inną porę, Leo. - Zganiła go siostra. - Teraz mamy ruszać.
- Zajdziemy jeszcze do mojego przyjaciela. - Oznamiłam. - Nie jesteśmy teraz bezpieczni a nie macie żadnej broni a raczej się przyda jak ściga nas wielki demon.
- Broni? - Zdziwił się Leo. - Na demony działa tylko magia.
- Długo was nie było. - Uśmiechnęłam się zadziornie. - Trochę się pozmieniało.
*
- Cześć Robby. - Przywitałam się wchodząc do małego sklepiku.
- Tatum! - Zza zaplecza wyszedł wysoki brunet z kocimi oczami. Widać, że bardzo się ucieszył na mój widok. - Aż boję się pytać o to co cię tu sprowadza, twój miecz?
- Mój miecz jest mało praktyczny. - Odparłam. - Potrzebuję wyposażenia na podróż wśród ludzi,  dla siebie i dwóch innych osób. - Powiedziałam uśmiechając się zalotnie.
Nie patrząc nawet na moich towarzyszy z trudem oderwał ode mnie wzrok i rozejrzał się po sklepie po czym otworzył wejście do piwnicy.
- Daj mi chwilę. - Powiedział i zniknął w ciemnościach.
- Biedny... - Westchnął złośliwie Leo.
- Nie wiedziałem, że tak potrafisz. - Zdziwił się Stone.
- Tylko tak zdobędę tę broń za cenę, która mi odpowiada. - Powiedziałam zawstydzona.
Tę metodę zdobywania broni za pół ceny odkryła Charlie. To ona zauważyła, że Robby ma do mnie słabość i to ona powiedziała mi co robić...
- Chcecie coś wiedzieć o broni na demony? - Zmieniłam temat. Kiwneli żywo głowami. Tylko Stone dalej przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy.
Wyciągnęłam z głębokiej kieszeni płaszcza mój sztylet, który był moją pierwszą bronią...
- To jest Stardinger. - Powiedziałam. - Od nazwiska stwórcy. Wykuty z metalu nasączonego krwią czarownicy. - Sara wciągnęła głośno powietrze. - Krew jest dana dobrowolnie. - Uspokoiłam ją z uśmiechem. - Potem czarownica, która oddała krew musi go ochrzcić i zabić demona.
- I Rada pozwoliła na coś takiego? - Zakpił Leo. - Za kogo ty nas masz? Przecież były postanowienia, ugody i wybaczenia...
- Chodzi ci o porozumienie z demonami? - Upewniłam się. Kiwnął głową. - Zostało zerwane podczas pierwszej wojny światowej...
- Mam dwa sztylety, katanę, kołczan strzał, rzutki i szablę. - Przerwał nam Robby rzucając worek z bronią na ladę.
- Wybierajcie. - Powiedziałam z uśmiechem.
Po chwili zastanowienia rodzeństwo wzięło po sztylecie z ozdobnymi rękojeściami.
- Twój nazywa się Obirius, bardzo lekki i cienki. Przydatny na ataki z zaskoczenia w delikatne miejsca. - Wyjaśnił Robby Sarze a potem zrócił się do Leo:
- Z twoim jest trochę bardziej skomplikowanie. - Podrapał się po brodzie. - Ostatnim jego właścicielem był jego stwórca, który zaginął w bardzo dziwnych okolicznościach... No, ale nazywa się Starling i wielu uważa, że jest przeklęty.
- Idealny dla mnie. - Uśmiechnął się chłopak ku zdziwieniu Robbiego.
- Ja wezmę jeszcze rzutki. - Dodałam z lekkim uśmiechem i podałam kartę.
- Gdzie się wybieracie? - Zapytał jak gdyby nigdy nic. - I nie ma z tobą... tej... jak jej tam... Przyjaciółki, no!
- Charlie? - Podpowiedziałam.
- Tak! Tak, no.
- Może kiedyś ci opowiem. - Odparłam zalotnie.
- Ja bardzo za! - Ucieszył się. - Cena ta co zawsze za wszystko... - Mruknął do siebie. - To będzie 1240 funtów... - Potem oddał mi kartę i rachunek.
Pożegnaliśmy się i wyszliśmy.
-Dziwne to miasto. - Stwierdziła Sara. - Żeby od tak kupować broń na demony w zwyłym sklepie...
- Obrzeża Londynu zawsze kryły masę tajemnic. - Powiedziałam przyjaźnie.
- I nawet nie wiesz ile jeszcze kryją... - Dodał zadziornie Stone.
~~~
Przepraszam, że tak późno.
Brak weny i mało czasu...
Wyszło mi takie krótkie i mało konkretne coś.

Rozdziału następnego można się spodziewać w środę. :)

Proszę o komentarze :3

poniedziałek, 4 listopada 2013

Przeszłość. (II)

Gdy patrzyłam jak jej ciało wraz z trumną znika w wielkiej ciemnej dziurze nie uroniłam ani jednej łzy. Po prostu patrzyłam z miną, która nie wyrażała żadnej emocji. Kiedy szliśmy na stypę słyszałam jak babcia rozmawia o mnie ze swoją przyjaciółką:
- Nie widziałam, żeby choć raz płakała. Martwię się, że zamknęła się w sobie. - Jej głos był pełen troski i ukrywanej rozpaczy.
- Widać przeżywa śmierć matki po swojemu. - Odparła jej przyjaciółka surowo.
- Ale Imogen, jak można nie uronić ani jednej łzy na pogrzebie matki? - Oburzyła się babcia.
- Nie wiem, Saro. - Powiedziała kobieta sucho. - Ja nigdy matki nie straciłam.
- Wiem. Przepraszam. - Odpowiedziała babcia skruszona.
- Następnym razem uważaj na słowa. - Pouczyła ją tamta bez cienia współczucia.
*
Dziubałam widelcem w jedzeniu. W stołówce jak zwykle panował hałas i poruszenie. Siedziałam na swoim miejscu, przy stoliku nabardziej odsuniętym od centrum wydarzeń.
- Cześć Tatum. - Na wolne miejsce opadł mój przyjaciel, Keith. - Jak się trzymasz? - Spojrzał na mnie swoimi wielkimi, złotymi oczami, które zawsze były pełne emocji.
- Jak zwykle. - Odpowiedziałam bez wyrazu unikając jego wzroku. - Już po najgorszym. Teraz trzeba wrócić do normy.
- Ty to nazywasz normą? - Mruknął niemrawo. - To koszmar.
Na potwierdzenie jego słów rozległ się głos:
- Fatum! - Był to Daves, szkolny tyran. - Jak moje zadanie z historii? - Zapytał wsadzając rękę do mojego obiadu. Już miałam odpowiedzieć, że nie zdążyłam gdy odezwał się za mnie Keith:
- Daj jej spokój. I tak dużo przeszła.
Dryblas spojrzał na niego spod byka.
- Nie próbuj zgrywać bohatera, obdarciuchu. - Zagroził po czym zwrócił się do mnie z głupkowatym uśmiechem - Nie obchodzi mnie, że twoja pijacka matka zrobiła to co wszyscy chcieli, żeby zrobiła, czyli się zabiła.- Po czym szepnął mi do ucha - Pewnie jest już kurwą diabła, jedną z wielu.
Wtedy nie wytrzymałam i walnęłam go w twarz. Miałam łzy w oczach i chciałam zapaść się pod ziemię.
Ze zdziwienia otworzył szeroko oczy, ale zaraz się opamiętał i kiwnął na swoich kumpli, którzy mimo moich protestów złapali mnie od tyłu.
- Pożałujesz tego, suko. - Zawarczał.
- Hej! - Keith próbował coś zrobić, ale jego też chwycili.
W tym momencie dostałam w twarz po raz pierwszy. Słyszałam jak ktoś w głębi stołówki krzyczy. Wraz z drugim uderzeniem usłyszałam chrzęst złamanego nosa.
Po trzecim uderzeniu usłyszałam przytłumiony krzyk jednego z kumpli Davesa. Wszystko zakrywała cienka warstwa mgły, jakby moje oczy przestawały działać. Zakręciło mi się w głowie. Ten, który krzyknął odwrócił się w porę i odparł cios rozwściecziego Keitha po czym zaśmiał się szyderczo.
- Mówiłem, żebyś ze mną nie zadzierał, kruszynko. - Potem walnął go w brzuch.
Mój przyjaciel zachwiał się i upadając uderzył głową o kant krzesła. Zwalił się na ziemię i przestał się ruszać. Na sali zapadła cisza.
- Nie! - Wydarłam się i wyrwałam z już luźnego uścisku. Podbiegłam do Keitha i uklękłam przy jego boku. Z nosa ciekła mu krew, oczy miał otwarte i nieruchome. - Nie. - Wyszeptałam. Wszystko zaczęło mi się rozmywać. - Nie, nie, nie. - Kręciłam głową ze łzami w oczach. Wszystko mnie bolało, ale odrzucałam to od siebie. Byłam skupiona na martwych oczach mojego przyjaciela.
- Co tu się... - Usłyszałam gdzieś w tle urwany głos dyrektora, ale w tym momencie krzyknęłam czystą rozpaczą i opadłam nieprzytomna na pierś Keitha, która już nigdy nie miała zaczerpnąć powietrza.
*
Jak nie trudno się domyśleć tej nocy nie mogłam zasnąć. Płakałam. Płakałam jak nigdy w swoim życiu.
Zawsze byłam oswojona ze śmiercią, od dziecka w końcu widziałam zmarłych ludzi, ale wraz  z odejściem Keitha poczułam, że jestem sama. Nie mam już nikogo, kto by wiedział kim naprawdę jestem. Byłam sama.
Nawet po mamie nie płakałam. Nie była co prawda najlepszą matką, ledwo wiązała koniec z końcem, zwłaszcza kiedy pojawiłam sie ja, córka przypadkowego klienta, nawet nie wiadomo którego, ale się starała. Kochała mnie a ja nie byłam w stanie uronić nad nią łzy. A za Keithem płakałam od kiedy obudziłam się w szpitalu z lekkim wstrząsem mózgu.
- Nie płacz już. - Usłyszałam jego ciepły głos. Miałam nadzieję, że przyjdzie się pożegnać.
- Keith, przepraszam. - Wyjęczałam próbując zerwać się ze szpitalnego łóżka.
- To nie twoja wina. - Uśmiechnął się. - A tak to wszystkim będzie łatwiej, rodziców i tak przecież nie mam.
- A ja? - Załkałam.
- Jesteś silna. - Powiedział miękko. - Mogę mieć do ciebie prośbę?
- Pewnie. - Pokiwałam głową, ocierając łzy.
- Nie poddawaj się. - Spróbował klepnąć mnie w ramię, ale tuż przy mojej skórze pojawiła się dziwna bariera, jak zwykle gdy chciała mnie dotknąć zjawa. - Jesteś stworzona do wielkich rzeczy. Widzisz duchy! Pomagaj i bądź silna.
Pokiwałam głową i znów otarłam łzy.
- Nie oschodź! - Zawołałam rozpaczliwie, ale jego już nie było...
*
Od tamtego wydarzenia minęło wiele lat. Wiele się zmieniło. Szkołę skończyłam w toku nauczania indywidualnego, Charlie odszukała mnie na moją osiemnastkę, rok po śmieci Keitha. Ona była moją drogą do spełnienia złożonej obietnicy...
~~~
Niespodzianka!

Teraz mogę zdradzić, że co jakiś czas bd się pojawiać rozdziały o przeszłości, każdy o innej osobie. Zdradzę, że w planach mam jeszcze trzy takie :D

I jak się czytało? ;)

sobota, 2 listopada 2013

Szósty.

Wpadłam do pokoju nie siląc się nawet na pukanie. Bezceremonialnie zrzuciłam Sarę z łóżka i przycisnęłam ją do ściany trzymając za kołnierz.
- Ej! - Odezwał się Leo ostrym tonem. - Zostaw ją!
- Kim jest Sari?! - Warknęłam do dziewczyny ignorując jej brata.
- Co się stało? - Wtrącił się Stone jak zwykle spokojnym głosem pojawiając się przy moim ramieniu.
- Mój przyjaciel poświęcił życie, żeby mnie uratować przed sługami Sariego. - Wyjasniłam sztywnym głosem i dodałam z furią w głosie akcentując każdy wyraz: - Kim on jest? Powołał się na ciebie.
Dziewczyna była już czerwona.
- To wielki demon. - Wykrztusiła.
- Ona się dusi! - Warknął Leo.
- Tknij ją a cię zabiję. - Odezwała się Charlie z towarzyszącym odgłosem wyciąganego sztyletu.
- Uspokójcie się. - Nakazał Stone.
- Zamknij się. - Warknęłam na niego. - To ty mi kazałeś ich tu ściągnąć i to przez nią pan Tommy nie żyje. - Potem znów zwróciłam się do dziewczyny i poluźniłam uchwyt bo zrobiła się lekko sina. - Kłamiesz. Wielki demon został zniszczony.
- To ty zostałaś okłamana. - Wykrztusiła. - Przykro mi z powodu przyjaciela.
- Niech cię licho. - Odparłam wrogo puszczając ją.
- Który demon zaatakował? - Zapytał Leo podchodząc jednocześnie do siostry.
- Przedstawił się jako Blure. - Odparłam sztywno siadając na łóżku.
- Przewidywalne. - Powiedziała Sara pocierając gardło. - Sariego zdenerwuje wieść, że został zabity.
- W co wy pogrywacie? - Odezwała się Charlie.
- W gre, która cię nie dotyczy. - Warknął Leo prostując się.
- Ale Tatum już tak. - Dopowiedział Stone.
- Super. - Prychnęłam. - O niczym innym tak nie marzę jak walczyć z demonami.
- I tak późno cię znaleźli. - Odpała łagodnie Sara.
- Demony żywią się zagubionymi duszami. Prawie tysiąc letni okaz to dla nich największy luksus. - Powiedział Leo.
- Polują na niego już pięć wieków. - Uzupełniła Sara.
- Czyli im dłużej Stone tu przebywa tym gorzej dla nas? - Zapytałam. - I co to ma do mnie? Czemu chciał mnie zabić? Czemu nie powiedział, że przez niego a przez ciebie?
-Co dokładnie powiedział? - Spytała delikatnie.
- Muszę cię powstrzymać przed Sarą. - Zacytowałam starając się opanować cisnące się mi do oczu łzy.
- To nie ma sensu. - Prychnał Leo.
- Możliwe, że ma, ale mój umysł jest zbyt przyćmiony zmęczeniem by go zauważyć. - Odparła jego siostra.
- To wy idźcie spać a ja przygotuję wszystko do podróży. - Westchnęłam i wyszłam z pokoju a Charlie za mną.
- Po tym wszystkim nadal masz zamiar z nimi jechać?! -Oburzyła się.
- Ze względu na to mam zamiar jechać. - Odpowiedziałam bezbarwnie. - Odeślę Stona i zabiję Sariego.
-No tak. Mścij się na gościu, który zabił kluczowego z cmentarza.
- Nie odzywaj się na tematy, których nie rozumiesz! - Krzyknęłam. Po raz pierwszy od dawna byłam na prawdę wytrącona z równowagi. - To był mój przyjaciel! Uratował mi życie! Miał plany na emeryturę! Miał trójkę wnuków! Dalej myślisz, że to tylko facet z cmentarza?!
W moich oczach musiała błyskać furia bo dziewczyna się cofnęła.
- Daj mi spokój. - Pokręciłam głową. - Wyruszę z nimi a ty nie masz nic do tego. Mało tego, już nie masz nic, do niczego. Popisałaś się właśnie kompletnym brakiek wrażliwości, o co cię nie podejrzewałam. Od kilku dni zachowujesz się jak nie ty. Zwłaszcza od kiedy zjawiło się rodzeństwo. Nie wiem czemu tak robisz, ale sprawiasz, że się tobą zaczynam brzydzić.
Charlie zamurowało. Jeszcze nigdy z moich ust nie padły tak ostre słowa. Odeszłam do kuchni a ona nawet nie mrugnęła. Z portfela wyciągnęłam portfel i wyciągnęłam kartę kredytową. Potem ruszyłam do szafy po plecak.
Dobrze, że moich ubrań nie trzymam w moim pokoju..
Kiedy skończyłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy i trochę się uspokoiłam ktoś zapukał do drzwi.
Rzuciłam okiem na zegarek, 3.42 nad ranem.
Z ciekawością otworzyłam drzwi.
- Babcia? - Zdziwiłam się.
- Cześć, kochanie. - Uśmiechnęła się ciepło. - Dobrze, że nie śpisz, bałam się, że cię obudzę.
- Tak... Bo wiesz, mamy gości i jutro wyjeżdżam, więc nie mogę spać. Rano miałam zadzwonić i ci powiedzieć bo trochę to niespodziewane...- Mówiłam to stojąc w drzwiach. Nie miałam zamiaru jej wpuszczać, nie kiedy w pokoju obok śpi ktoś, kogo jej wykradłam. Jak kolwiek by to nie brzmiało.
- Wyjedżasz? - Zrobiła zawiedzioną minę. - Gdzie?
Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia dokąd się wybieram...
- W kilka miejsc. - Powiedziałam bez zawachania. - Z przyjaciółmi, zrobili mi niespodziankę na zaległe urodziny.
- Ach tak? - Zrobiła minę pełną wątplowości. -Jakimi przyjaciółmi? Przecież urodziny już dawno miałaś.
- Babciu... Nie jestem już dzieckiem. Nie musisz kontrolować mojego życia. Dopiero teraz dostali okazję na sprezentowanie mi tej wycieczki. - Udałam urażone dziecko.
- Kochanie, ja się tylko martwię. - Usprawiedliwiła się.
- I dlatego przychodzisz o 4 nad ranem? - Rzuciłam z irytacją. Strasznie łatwo mnie wytrąciła z równowagi.
- Ja... - Zawachała się. - Chciałam cię zapytać czy nie widziałaś może Imogen. Nigdzie nie mogę jej znaleźć.
- Nie. Nie widziałam jej. - Odpowiedziałam ostro. Przywoływanie jej nie poprawiało mi nastroju. - Przykro mi. - Skłamałam.
- No nic. - Nie wyglądała na specjalnie zmartwioną. - To nie przeszkadzam. Miłego wyjazdu.
- Dziękuję. - Spróbowałam się uśmiechnąć.
Ucałowałyśmy się i kobieta odeszła.
- Uwierzyła Imogen, że to ty ukradłaś wisiorki. - Odezwał się Stone za moimi plecami.
- Bo to ja je ukradłam. - Przypomniałam mu kierując się ku kanapie.
- Byłem pod wielkim wrażeniem tego co powiedziałaś Charlie. - Powiedział z pełną powagą, bez cienia kpiny.
- Bo mnie zdenerwowała. I na prawdę zachowuje się jak nie ona.. - Westchnęłam i zmieniłam temat - Denerwujesz się?
- Raczej ekscytuję. - Odpowiedział wesoło.
- Nie będziesz tęsknił? - Zapytałam rozkładając pościel.
- Możliwe. - Odparł poważnie. - Ludzie są niesamowici gdy myślą, że nikt ich nie widzi. - Zaśmiał się.
- Czemu wierzysz, że mi się uda? - Zapytałam zagrzebując się w kołdrze.
- Bo ci ufam. - Jego twarz pojawiła się przed moją. -Bo jesteś wyjątkowa, ale jeszcze w siebie nie wierzysz.
- Jak mogę wierzyć gdy nie potrafię obronić się ani staruszka przed demonem? - Wyszeptałam.
- Wszystko wymaga czasu. - Uśmiechnął się ciepło. Takiego lubiłam go najbardziej. Ciepłego, miłego i przyjaznego. W tych chwilach miałam uczucie, że nawet zjawy potrafią czuć więcej niż chłodną nienawiść.
- Dobranoc. - Powiedział cicho.
- Dobranoc. - Odszepnęłam i chwilę potem odpłynęłam...
~~~
Dobry wieczór :3
I jak się czytało?
Mam nadzieję, że dobrze :)

Czytasz=Komentujesz
Dziękuję :*

Dobranoc :D

czwartek, 31 października 2013

Piąty.

Do zmroku siedziałam na cmentarzu aż zauważył mnie dozorca.
Bardzo miły, starszy człowiek. Zawsze elegancki, ciepły i wyrozumiały dla ludzi sentymentalnych, jak ja.
- Odprowadzę cię do bramy. - Zaproponował uprzejmie.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się ciepło.
- Wiesz - zaczął mężczyzna. - Kiedy zacząłem tu pracować i pierwszy raz cię spotkałem, myślałem, że zwariowałaś.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. To było prawie dwa lata temu. Było co najmniej tak zimno jak jest teraz i pan Tommy podszedł do mnie z kocem i ciepłym szalem. Wyjaśniłam, że często przychodzę tu pomyśleć, wyciszyć się...
- Ale teraz już rozumiem. - Ciągnął spokojnie. - Pracuję tu prawie dwa lata i bardzo wiele się nauczyłem. Od ludzi tu przychodzących, od ciebie... Myślę, że pora na emeryturę. Tą końcową, a nie tą, na której jestem. - Zaśmiał się cicho, pod nosem.
- Człowiek całe życie się uczy a głupi umiera. - Powiedziałam myśląc o tym, że on nic nie wie o tym cmentarzu ani o żadnym innym cmentarzu.
- Święta prawda! - Uniósł palcec do góry w zabawnym geście.
Mijaliśmy właśnie grób Cecila Dogsa, nastolatka, który popełnił samobójstwo.
Jak zwykle siedział na płycie i patrzył w dal nic nie widzącym wzrokiem...
Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy poczułam do niego straszne współczucie. Nie wiedziałam co go popchnęło do takiego strasznego czynu, ale nie mogłam mu pomóc. Samobójcom nie można i nie da się pomóc. Są skazani na, przypominającą wieczność, tułaczkę po świecie w stanie takim jak Stone czy Amanda.
Gdy tak rozmyślałam usłyszałam wrzask. Nieludzki, skrzeczliwy, straszny. Zatrzymałam się w pół kroku.
- Co się stało? - Zapytał mnie pan Tommy.
"Musiał to usłyszeć." Przeszło mi przez myśl. "Duchy nie wydają takich odgłosów. Więc jeśli ja to usłyszałam a zwykły człowiek nie to musi być..."
- Demon. - Szepnęłam.
Wtedy wrzask rozległ się po raz drugi. Tym razem głosniej. I bliżej. Poczułam jak włoski jeżą mi się na karku.
- Co się... - Zaczął pan Tommy, ale przerwałam mu i chwyciłam go za nadgarstek.
- Proszę nic nie mówić i iść za mną. - Mówiłam szybko i szeptem. - Proszę mi zaufać.
Przytaknął głową i ruszył za mną. Nie wiedziałam czemu to zrobił, ale nie narzekałam.
Szłam szybko, ale tak żeby nadążył za mną starszy mężczyzna. Przy tym grzebałam w dużych kieszeniach płaszcza.
- Gdy jest potrzebny to nigdy go nie ma... - Mruczałam pod nosem.
Wtedy kątem oka zauważyłam cień po mojej lewej. - Cholera!
Do bramy było jakieś sto metrów.
- Proszę otworzyć tą kaplice i się w niej zamknąć. - Powiedziałam twardo i cicho. - Szybko.
Mężczyzna zagrzechotał kluczami.
Trzymając ręce ukryte w kieszeni wybrałam szybkie dzwonienie do Charlie, nie wyciągając telefonu.
- To nicccc nie daaa. - Rozległ się syczący i przeciągający ostatnie dźwięki głos. Tak bardzo dla nich typowe.
- Nie waż się atakować. W imieniu Międzyświatowej Rady Nieśmiertelnej oficjalnie informuję cię, że jesteś w strefie zagrożonej. Masz jeszcze szanse się wycofać. - Wyrecytowałam mając nadzieję, że ten demon jest tylko na zwykłym polowaniu i nie wie z kim ma doczynienia i że nie chce wchodzić w drogę Radzie.
Co oznacza regułka? Po krótce:
Międzyświatowa Rada Nieśmiertelna to Szamani, Media i Duchy zbierający się raz na rok by omówić ważne sprawy, zwykłe przypadki, ciężkie przypadki, dziwne przypadki, ustanawia prawa według, których Media i Szamani mają się kierować i zasady postępowania demonów i wobec demonów.
Strefa zagrożona to takie miejsce i czas gdzie "mój świat" może być zagrożony poznaniem prawdy przez zwykłego człowieka.
Zazwyczaj nie bawię się w takie rzeczy, nigdy nawet nie byłam na zebraniu rady, ale oficjalnie jej służę i mogę się na nią powoływać.
- Radaa ci terazzzz nie pomożeee. - Odezwał się głos. Za sobą słyszałam jak zdenerwowany pan Tommy zmaga się z zamkiem.
- Odejdź. - Mój głos był pewny i twardy, w przeciwnieństwie do mnie samej.
- Musssszzzęęę cię powstrzymać przed Saaarą. - Wysyczał.
- Dlaczego? - Zapytałam zaskoczona.
- Sssssarriii każeee, Blurrrree robiii. - Wysyczał stwór i rzucił się na mnie wychodząc z cienia.
W jednej chwili zarejestrowałam:
demon był obrzydliwy; przypominał wielkiego, stojącego na dwóch łapach, ogolonego niedźwiedzia z ciemną skórą i ciemną pianą wyciekającą z pyska;
Pan Tommy przekręcił zamek;
znicz leżący na grobie obok znalazł się najpierw w mojej ręce a potem stłukł się na głowie demona.
Stór zaskowyczał, ale przycisnął mnie do ziemi. Jego pazury mignęły przed oczami i poczułam ich chłód na twarzy.
Zamknęłam oczy gotowa na śmierć gdy poczułam, że ciężar znika.
Zdziwiona otworzyłam oczy i zobaczyłam Blure na ziemi obok mnie z krwawą dziurą w boku.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam pana Tommy'ego z mieczem. Takim samym jak moim (którego oczywiście nie miałam przy sobie) tylko czerwonym. Ze zdziwienia otworzyłam buzię.
- Mało brakowało. - Powiedział poważnie.
- Pan...? Jest...? - Próbowałam sklecić zdanie.
- Pracuję dla Rady od 53 lat. - Wyjawił z nieśmiałym uśmiechem.
Otrząsnęłam się i podniosłam z ziemi.
- Dziękuję. - Powiedziałam.
- Nie ma sprawy, dzie... - Urwał a twarz mu znieruchomiała.
- Panie Tommy? - Zapytałam po czym krzyknęłam gdy jego głowa opadła na ziemię. Bez ciała...
Ciągle wrzeszcząc zaczęłam deptać truchło demona, który ostatnim tchnieniem odciął mojemu towarzyszowi głowę.
W takim stanie znalazła mnie Charlie.
- Hej! - Zawołała odciągając mnie od resztek stwora. - Uspokój się!
Ogarnęła wzrokiem otoczenie.
-Co tu się stało...? - Wyszeptała.
~~~

Jak się podobało?

Każda opinia jest dla mnie ważna! :)

piątek, 25 października 2013

Czwarty.

Odsłoniłam oczy i zobaczyłam gęsty, ale jasny dym, w którym widać było dwie sylwetki.
- Leo, jesteś? - Odezwał się lekko zachrypnięty, kobiecy głos.
- Tak. - Odpowiedział jej męski, silny głos.
- Kiedy jesteśmy? - Odezwała się ponownie dziewczyna.
- Mamy 2013 rok. - Usłyszałam nerwowy głos Charlie.
- Nie daliście nam długo pospać. - Jęknął męski głos.
Otworzyłam okno i w pokoju zrobiło się przejrzyście. W okręgu stała dziewczyna, mniej więcej dwudziestopięcioletnia, o przyjaznej twarzy oraz ciemnych włosach i mężczyzna w tym samym wieku o podobnych rysach twarzy.
- Stone! - Powiedziała radośnie dziewczyna. - Ty cały czas tutaj?
- Znalazłem silne Medium. - Powiedział duch.
- Nie traktuj mnie przedmiotowo. - Powiedziałam ostro.
Świeżo przybyłe rodzeństwo spojrzało na mnie jednocześnie.
- Tatum jestem. - Przedstawiłam się sucho.
- Ja jestem Sara a to mój brat Leo. - Sara uśmiechnęła się sympatycznie. Poczułam, że moja niechęć do niej maleje.
Taka moja natura, łatwo ufałam wszystkiemu, martwe czy żywe, bez znaczenia.
-A ja Charlie. - Wtrąciła urażonym tonem moja przyjaciółka. Rodzeństwo spojrzało w jej kierunku.
Tak szybko, że ledwo zdążyłam zarejestrować co się stało, Leo podbiegł do niej i przydusił ją do ściany. Jego siostra patrzyła na sytuację ze zdziwioną miną.
- Zostaw ją! - Szarpnęłam bruneta za ramię. Nie zareagował, więc dodałam: - Puść ją, albo zaraz coś rozbiję na twojej głowie!
Wtedy na mnie spojrzał i rozluźnił uchwyt, ale nie puścił Szamanki. Jego wielkie, ciemne oczy błyszczały nienawiścią.
- Grozisz mi? - Spytał kpiącym tonem.
- A żebyś wiedział. - Warknęłam. - Puść ją, albo gorzko tego pożałujesz.
- Posłuchaj jej, Leo. - Odezwał się Stone. Zdziwiona spojrzałam w jego stronę. Czy on bronił Charlie?
"Nie łudź się." Powiedział cichy głosik w mojej głowie. "Po prostu chce cię przekonać, żebyś mu pomogła."
Chłopak puścił rudowłosą a ona ześliznęła się po ścianie i opadła na ziemię trzymając się za gardło.
- Odbiło Ci? - Syknęłam w stronę Leo.
- To nie ja trzymam w domu czarownicę. - Powiedział patrząc na mnie gniewnie a mi podniosło się ciśnienie.
"Cudownie! Nowy wkurzający znajomy!"
- To moja Szamanka, ignorancie. - Odparłam siląc się na spokój. - I to ona was uwolniła.
- To wiedźma z rodu de Boghart. - Wtrąciła Sara. - I najwidoczniej ma imię po przodkini.
- Nie ważne. - Mruknął Stone. - Teraz ja jestem ważny. - Sara uniosła zdziwiona brwi.
- Ty chyba nie wiesz kim była Charlotta de Boghart?
- Wiem kim była. - Odparł. - I wiem, że ją zabiliście, więc po co ta awantura? I tak musimy opuścić te dwie damy.
Wytrzeszczyłam oczy. Czy on właśnie nazwał mnie damą?
- Wynocha! - Wychrypiała Charlie. - Wynoście się z mojego mieszkania!
- Uspokój się. - Nakazałam jej delikatnym tonem. - Na czym miałaby polegać moja rola w pozbyciu się ciebie?
- Zastąpisz Leo... - Zaczął Stone, ale brunet mu przerwał.
- Ta dziewka mnie mnie zastąpić? Mnie?!
- Dokładnie, przyjacielu. - Powiedział obojętnym tonem duch.
- To jakieś kpiny! - Oburzył się.
- Nie jeli ma większą moc od Ciebie. - Odpowiedziała spokojnie Sara.
- A czego będziecie ode mnie wymagać? - Zapytałam ignorując złowrogie spojrzenia przyjaciółki, ciskające piorunami.
- Musimy zdobyć jeszcze jedną rzecz... - Zaczęła Sara.
- Podczas, której zdobywania możemy zginąć jak ostatnim razem. - Wtrącił Leo ze złośliwym uśmieszkiem.
- A potem trzeba wykonać rytułał.- Dokończyła dziewczyna ignorując uwagę brata.
Zadrżałam. W końcu by się coś działo. To zadanie przerwałoby monotonie mojego zajęcia. Wyszłabym poza granice miasta i wreszcie zaznała przygody... To było bardzo pociągające.
I oznaczałoby, że Charlie znienawidzi mnie do końca życia.
- Zastanów się jeszcze. - Powiedziała Sara życzliwie. - I tak musimy się wyspać przed wyprawą, więc masz jeszcze co najmniej dzień do namysłu.
- Dziękuję. - Powiedziałam zamyślona. - Rozgośćcie się w moim pokoju, Stone wam wskaże.
- Dziękujemy. - Powiedział Leo sztywnym głosem, którym nie było słychać nawet odrobiny wdzięczności.
- Nie wierzę, że to robisz! - Warknęła Charlie gdy rodzeństwo zniknęło za drzwiami.
-To jest niesamowita szansa. - Powiedziałam urażonym tonem ubierając buty. - Jako przyjaciółka powinnaś to zrozumieć.
- Nie rozumiem, bo to szaleństwo! - Odparła rudowłosa. - Ty się nie odrodzisz tak jak oni!
- Mówi się trudno. - Sięgnęłam po kurtkę.
- Czasem zachowujesz się jak idiotka. - Parsknęła w odpowiedzi.
- Dzięki. - W moim głosie słychać było skrywaną furię. - Trzeba mi to było powiedzieć zanim się do mnie wprowadziłaś.
- Gdzie ty się wybierasz?!
- Nie twój interes. - Powiedziałam i wyszłam.
***
Zajęłam to samo miejsce co zwykle. W zimie nie siedziałam tu za często, ale było tu wtedy dużo ciszej i spokojniej. Ludzie w takie zimno wolą siedzieć w domu a nie spędzać czas na cmentarzu.
 Siedziałam na jednej z ławek na cmentarzu. Przy grobie Amandy Bones. Nie czekałam na zjawienie się ducha.
Pojawiła się obok mnie w tej postaci co zawsze, z długimi jasnymi włosami, podkrążonymi oczami w zniszczonej halce...
Była duchem, który nie chciał zostać odesłanym. Uważała, że w życiu zrobiła zbyt wiele złego i teraz musi odpokutować swoje winy w tej postaci.
Była dla mnie czymś w rodzaju przyjaciółki. Zawsze zwierzałam jej się z moich problemów, sekretów i myśli. Była pierwszą zjawą jaką zobaczyłam w swoim życiu.
Opowiedziałam jej o zaistniałej sytuacji.
- Jedź, jeśli tak podpowiada ci serce. - Powiedziała. - Charlie albo z czasem zrozumie, albo po prostu nie jest warta twojego czasu. Podczas tej wyprawy możesz znaleźć coś więcej niż ukojenie Stona. Możesz odnaleźć siebie.
Pokiwałam głową i zatopiłam się w myślach...
~~~
Obstawiajcie co zrobi! (Choć to w sumie oczywiste xD)
Komentarze mile widziane :D
Ps. Chce ktoś być jakoś informowany o nowych rozdziałach? Dysponuję Fb, gg i tt :D
INFO DLA: IMPERFECTAXFD
Wciąż czekam na Twój rozdział! :D

poniedziałek, 21 października 2013

Przeszłość.

To miał być najszczęśliwszy dzień mojego życia, dlaczego, więc miałam tyle złych obaw? Dręczyła mnie intuicja. Wiedziałam, że nie mogę jej ignorować, ale widząc szczęśliwą minę mamy, dumę ojca i zadowoloenie brata nie mogłam się powstrzymać...
- Saro, chodź już! - Usłyszałam głos Leo zza drzwi. - Musimy jeszcze iść wybrać kwiaty!
- Przecież miała iść ze mną matka. - Powiedziałam otwierając drzwi i wychodząc.
- Plany uległy zmianie. - Powiedział urażonym tonem. Zawsze gdy coś go uraziło śmiesznie marszczył brwi. Jego twarz przybierała wtedy głupkowaty wyraz.
- Więc chodźmy. - Powiedziałam z głupim uśmieszkiem.
Wychodząc z domu minęliśmy naszą matkę, która cerowała biały materiał. Moją suknie ślubną.
- Wychodzimy po kwiaty. - Oznajmił mój brat pomagając mi włożyć płaszcz.
- Mhm. - Mruknęła kobieta z uśmiechem, nie podnosząc wzroku.
Wyszliśmy na ulicę i ruszyliśmy w stronę kwiaciarni po odbiór zamówionego bukietu.
Był pogodny, jasny wiosenny dzień. Uliczki XIX wiecznego Londynu były mało zatłoczone jak na tą porę dnia. Powinny być pełne ludzi śpieszących do pracy, starszych ludzi idących bądź wracających z kościoła i dzieci marudzących, że muszą iść do szkoły. A tymczasem były prawie puste.
- Trochę to niepokojące, nieprawdaż? - Zauważył Leo. Kiwnęłam głową i już miałam odpowiedzieć gdy usłyszałam szum podnieconego tłumu.
Zauważyliśmy go na jednym z placów. Ludzie stali praktycznie jeden na drugim i obeserwowali scenę rozgrywającą się na placyku:
- No dalej! - Krzyczał męski głos. - Pokaż co potrafisz!
Razem z bratem przedzieraliśmy się przez tłum. Leo był wyższy i pierwszy zobaczył co się dzieje.
- Ksenofiliusie! - Zawołał rozdzielając krzyczącego mężczyznę i kobietę, którą napastował. - Opanuj się! Co ty wyczyniasz?!
- To czarownica, Leonardzie! - Wypluł te słowa Ksenofilius. Był brodatym, starszym mężczyzną sięgającym Leo do łokcia, więc gdy mój brat go chwycił, nie próbował się nawet wyrywać.
- Przyjacielu! My już nie wierzymy w czarownice! - Zaśmiał się Leo i tylko ja znałam go na tyle, żeby wiedzieć, że ten śmiech jest sztuczny.
- Ona zabiła Agnes! - Wołał mężczyzna a w jego oczach błyszczał obłęd.
- Drogi Ksenofiliusie - Wtrąciłam się ignorując ostrzegawcze spojrzenie brata. - Agnes nie żyje już od prawie dwóch lat. Zmarła przy porodzie. Ocknij się.
Z zatroskaną miną podeszłam do mężczyzny i przyłożyłam mu rękę do czoła.
Było chłodne.
- Jesteś rozpalony. - Powiedziałam na tyle głośno by usłyszał to zgromadzony tłum. - Pomogę ci się dostać do domu. Potrzebujesz pomocy lekarskiej. - Mówiłam spokojnym, opanowanym głosem.
Usłyszałam jak wśród tłumu rozległy się głosu zawodu.
- Nie zrobicie z niego sensacji. - Mruknęłam pod nosem opanowując gniewną minę. Nie przystoiły one kobiecie o mojej pozycji.
- Leo, pomóż Kseniowi, ja przeproszę tę kobietę. - Powiedziałam cicho do brata a on kiwnął głową.
Tłum zaczął się rozchodzić.
- Przepraszam. - Zwróciłam się do kobiety. Była mniej więcej w moim wieku, tyle, że znacznie piękniejsza. Jej rude włosy lśniąco opadały aż do pasa a duże czekoladowe oczy patrzyły na mnie bystro. - Przepraszam panią w imieniu Ksenofiliusa. To nie jego wina. Trawi go wysoka gorączka i... - Mówiłam skruszonym tonem, ale mi przerwała.
- Nie okłamuj mnie. - Powiedziała spokojnie. - Ale wiem czemu to robisz. Tobie i twojemu bratu zostanie to wynagrodzone. - Uśmiechnęła się dumnie i odeszła nucąc beztrosko.
Patrzyłam za nią zdumiona przez jakiś czas po czym ruszyłam za bratem.
***
- I nie powiedziała nic więcej? - Zdziwił się Leo kiedy byliśmy już w domu.
- Nic a nic. - Potwierdziłam.
- Nie ważne. - Umśmiechnął się szeroko. - Mamy inną sprawę na głowie. Nie codziennie wychodzi się za mąż za takiego mężczyznę jakim jest Robert.
W odpowiedzi tylko uśmiechnęłam się słodko. Jak nie trudno się domyślić nie za bardzo chciałam tego małżeństwa. Rodzice naciskali ze względu na status mojego partnera a samo małżeńswto nie wydawało się głupie. Poza tym groziło mi zostanie starą panną.
- Jesteście już! - W holu pojawiła się Maria, żona Leo. Znacznie od niego młodsza, blondynka o wesołym usposobieniu. Pod sercem nosiła ich największy skarb. Pierworodnego.
Jako jedna z nielicznych wiedziałam, że to właśnie był powód ich tak wczesnych zaślubin. W końcu 20 lat to nawet jak na mężczyznę młody wiek. - Co was zatrzymało?
- Ksenofilius. - Odparł mój brat. - Ale wyjaśnie ci później i tak już za długo zwlekamy.
- Racja. - Przytaknęła żywo Maria patrząc na mojego brata jak w obrazek. - Wasza matka już czeka z suknią!
***
Byliśmy już w kościele. Czekałam aż wszyscy goście się usadowią gdy zauważyłam, że do świątyni wchodzi kobieta z placu.
- Leo! - Zapiszczałam pociągając brata za rękaw w ostatniej chwili bo szedł właśnie dołączyć do gości. - To ona! I idzie tu! - Dodałam w chwili gdy kobieta weszła do małego pomieszczenia, w którym się znadowaliśmy.
- To małżeństwo cię zniszczy. - Powiedziała patrząc na mnie. - Tak jak jego zniszczyło jego. - Powiedziała wskazując na Leo. - Ale nie martwcie się. Ja w ramach podziękowań za poranne zdarzenia na placu, was uratuję! - Uśmiechnęła się szeroko.
- Za kogo ty się uważasz?! - Oburzyłam się.
- Jestem Charlotta De Boghart. - Przedstawiła się. - I istotnie, jestem czarownicą.
Mimo woli zbladłam.
- Proszę odejść i zostawić nas w spokoju. -Powiedział twardo Leo.
- Niestety nie zrobię tego. - Powiedziała i poruszyła się tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. Nacieła nasze przedramiona sztyletem. Delikatnie, ale niszcząc rękaw mojej sukni i plamiąc go krwią.
- Proszę się wynieść! - Mój brat podniósł głos.
- Teraz już tym bardziej nie. - Powiedziała twardo a gdy brat ruszył ku niej mruknęła coś pod nosem a on znieruchomiał. Po chwili zorientowałam się, że ja również.
-Sztylet był nasączony pewną miksturą, która na pewien czas was unieruchomi. - Wyjaśniła po czym zaczęła opowiadać: - Obserwowałam was od dawna. Jesteście bardzo zżyci i tylko ja wiem dlaczego. Łączy was sekret! - Ostatnie słowo powiedziała prawie piszcząc z uciechy. - Ty. - Wskazała na Leo. -Widzisz duchy a ty - Wskazała na mnie - jeszcze nawet nie odkryłaś co potrafisz! - Zrobiła pauzę i zaczęła z nową energią: - Wróżę wam wspaniałą przyszłość, ale nie w tych czasach. Dlatego was uziemię do czasu aż ktoś was nie wezwie. Potem będziecie, żyli przez jakiś czas i znowu zostaniecie uziemieni. Zrobię z was nieśmiertelnych! Potężnych! Będziecie najlepszym duetem w historii! Szkoda, że aktualnie nie potraficie nic powiedzieć...
Zamilkła wpatrując się w Leo po czym wyciągnęła z kieszeni dwa srebrne wisiorki.
- Przywitajcie się bo spędzicie w nich sporo czasu. - Uśmiechnęła się szeroko.
***
Od tamtego czasu żyjemy z klątwą. Kiedy umieramy zostajemy zamknięci w wisiorkach by odrodzić się na wezwanie szamana, lub medium.
Pogodziliśmy się ze swoim losem. Ja pogodziłam się z tym, że nie wyszłam i nigdy nie wyjdę za mąż a Leo  z tym, że nie doczekał się syna.
Odbyliśmy w sumie już 9 żyć. A teraz przyszedł czas na 10...
~~~
Inna perspektywa, trochę inna historia i wyszło coś takiego!
Proszę ładnie o komentarze bo są one dla mnie niezwykle ważne!
(Dostępne jest komentowanie z anonima)

czwartek, 17 października 2013

Trzeci.

Weszłam za przyjaciółką do pokoju a ona wskazała ręką stolik gdzie ciągle leżały wisiorki. Lecz tym razem nie leżały nieruchome. Widocznie drżały.
- Stone? - Zapytałam na głos. - Wyjaśnisz?
- Możliwe. - Powiedział niby obojętnym tonem, ale głos mu zadrżał na ostatniej sylabie.
Spojrzałam na niego zirytowana.
- To wyjaśnij. - Powiedziałam mocno.
- W tych wisiorkach ukryte są dwa duchy. - Powiedział przybierając na twarz obojętną maskę.
- I nic nie powiedziałeś?! - Zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Zignorowałam zdziwiony wzrok Charlie.
- Nie do mnie należy mówić o nie swoich sprawach.
- Ale to ty kazałeś mi je tu przytaszczyć! I to jest twoja sprawa!
- Bo tylko Leo i Sara są w stanie mi pomóc. - Spojrzał mi w oczy. - Są kluczem, którego tak długo szukałem. I znalezłem ich u twojej babci. Ona powinna cię informować o takich sprawach.
- To nie zmienia faktu, że wypadało nas uprzedzić. - Dodałam spokojnie.
- To ja tutaj wiem co wypada a co nie. - Prychnął.
Powstrzymałam się od komentarza i przekazałam przyjaciółce czego się dowiedziałam.
- Ale rytuał, który mi dyktował nie ma na celu wypędzia ducha z przedmiotu. Tamten znam. - Zdziwiła się rudowłosa.
Jęknęłam i już chciałam się zwrócić do zjawy, ale zauważyłam, że zniknął.
- Głupie umarlaki. - Prychnęłam.
- Musisz się nauczyć przeklinać. - Zdecydowanie powiedziała Charlie patrząc na mnie z naganą.
- Czemu wszyscy mi to mówią? - Zirytowałam się. - Nie potraficie docenić tego, że jestem kulturalna? - Westchnęłam. - Myślisz, że to jest bezpieczne? - Wskazałam na wisiorki.
- Myślę, że Stone nie jest na tyle głupi, żeby narażać cię na niebiezpieczeństwo, z którym sobie nie poradzisz.
- Albo jest samotnym, duchem psychopatą? - Rzuciłam.
- Aż tak złe masz o mnie zdanie? - Usłyszałam z kanapy.
- Nie. - Odpowiedziałam. - Moje zdanie na twój temat jest jeszcze gorsze.
- Zawsze myślałam, że w twoich czasach mężczyźni byli wychowywani na gentelmenów... - Wtrąciła zamyślona Charlie patrząc w to miejsce gdzie ja.
- Ci dobrze ustytuowani może i tak. - Odparł. - Ja przez całe życie nosiłem i łupałem kamienie za marne grosze ledwo wystarczające na moje utrzymanie.
- Powiesz nam co jest w wisiorkach? - Przerwałam mu. Nie lubiłam słuchać opowieści duchów o ich życiu. Nie są to zazwyczaj najprzyjemniejsze historie...
- Wiecie co? - Odezwała się Charlie urażonym głosem. - To wy sobie porozmawiajcie i jeśli dojdziecie do wniosku, że wypada mnie powiadomić to dajcie znać.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
-Nigdy mi nie powtarzasz co on mówi. Nawet jeśli to ja zadaje pytanie! - Rzuciła zdenerwowana. - Nigdy żadna zjawa tak cię nie zajęła, że o mnie zapomniałaś. A Stone cię pożera! Sprawia, że żyjesz już tylko jego światem...
- Co ty wygadujesz? - Przerwałam jej. - Staram się mu pomóc!
- Ale tracisz przy tym siebie! Nie widzisz jak bardzo się zmieniłaś odkąd się pojawił?! Pozwalasz mu sobą manipulować!
- Staram się pomóc. - Powtórzyłam twardo. - I nie twój interes w tym jak to robię.
- To może poszukaj sobie innego szamana?!
- Jestem za. - Wtrącił Stone zadowolony.
- Zamknij się. - Powiedziałam pokazując na niego palcem. Potem spojrzałam na przyjaciółkę. - A ty się uspokuj. Co ci odbija? Zawsze sprawy tych duchów były dla mnie najważniejsze a teraz masz pretensje?
W odpowiedzi zrobiła się cała czerwona na twarzy i poszła do swojego pokoju. Usłyszałam szczęk przekręcanego zamka.
- Super. - Mruknęłam zirytowana.
- Udam, że nie słyszałem tego "zamknij się." - Odezwał się Stone pojawiając się tuż obok mnie. Zadrżałam, ale nie dałam po sobie nic poznać. - A co do wisiorków to są w nich ukryte dusze dwójki przeklętego rodzeństwa.
- W jaki sposób przeklętego? - Spytałam z obawą a on spojrzał na mnie z naganą.
- Szamanem zostaje tylko jedna osoba z pokolenia rodu. - Powiedział. - Jeżeli zdarzy się, że w rodzeństwie jedno dziecko jest Szamanem a drugie Medium to nazywa się je Przeklętym rodzeństwem. Widać nie odrobiłaś pracy domowej, Tatum. - Skończył z lekką naganą.
- Nie rozumiem w czym oni mają mi pomóc. - Zignorowałam jego uwagę.
- Nie oni tylko Sara. - Wywrócił oczami. - Leo jest tylko nieznośnym dodatkiem. To jego siostra jest nam potrzebna.
- Do czego? - Zapytałam w osłupieniu.
- Bo jest najlepszą Szamanką jaka chodziła po kuli ziemskiej. - Powiedział a w jego głosie słychać było zirytowanie.
Wtedy zrozumiałam o co mu chodzi.
- Nie zrobię tego. - Powiedziałam. - Charlie jest moim Szamanem. Nie zrobię jej tego.
- Tak? - Zapytał zbliżając się do mnie. - Rusz trochę szarymi komórkami. Jak się dzisiaj zachowywała? Niech do ciebie dotrze, że jest rozkapryszonym dzieckiem nienadającym się do poważnej roboty. Cały jej ród to jedna wielka porażka, a wiem to bo obserwuję go od jakiś pięciuset lat...
- Przestań! - Krzyknęłam. - Ufam jej!
- Nie o zaufanie tu chodzi, tylko o umiejętności, których ona nie posiada. - Powiedział spokojnie jeszcze bardziej wyprowadzając mnie tym z równowagi.
- Uwolnimy ich. - Powiedziałam twardo. - Ale nie licz potem na moją pomoc. Niech Leo będzie medium. Mnie i Charlie zostaw w spokoju.
- Ale ty jesteś od niego potężniejsza! - Żachnął się.
- Nie obchodzi mnie to! - Wzruszyłam pogardliwie ramionami. - Albo ja i Charlie, albo Leo i Sara.
Patrzył na mnie z gniewem w oczach. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Czemu w środku chciałam, żeby wybrał mnie? Nie powinno mi tak zależeć...
- Sara i Leo. - Powiedział w końcu.
- Dobrze. - Powiedziałam ukrywając smutek. - Jutro dostaniesz czego chcesz i się wyniesiesz w końcu z mojego życia. - Dodałam sucho i poszłam do swojego pokoju zakopać się w pościeli i zasnąć.
Ku mojej uldze Stone nie pojawił się w moim pokoju...
***
Charlie odprawiała podyktowany przez Stona rytułał. Był pełen dymu, dziwnych zapachów i słów. W środku kręgu leżały wisiorki a Szamanka wyczyniała nad nimi swoje cuda.
Przyglądałam się temu z boku, unikając wzroku Stylinskiego. Gdzieś tam w środku byłam jak urażone dziecko. Byłam jednocześnie na niego zła i rozczarowana. Myślałam... W sumie to nie wiem co myślałam... Ale byłam pewna, że będzie mi przykro się z nim rozstawać.
Moje rozmyślania przerwał ostry błysk. Zakryłam oczy przed rażącym światłem a gdy je odkryłam ujrzałam...
~~~

Mogę obiecać, że to ostatni rozdział z kategorii tych trochę nudnawych. Pojawią się nowe postacie, spięcia, przyjaźnie, problemy i jeszcze kilka nowych wątków ;)
To tak słowem zachęty, ale jak wam się podobało? :D

CZYTASZ=KOMENTUJESZ

Dziękuję :)

wtorek, 15 października 2013

Drugi.

Z rozmachem otworzyłam okno przy okazji krzutsząc się dymem.
- Otwieraj okna, drzwi, cokolwiek! - Zawołałam do Charlie.
- A myślisz, że co robię?! - Odkrzyknęła.
- Tak spartolić taką prostą robotę... - Odezwał się Stone z naganą w głosue.
- To nie jej wina. - Usprawiedliwiłam przyjaciółkę.
- Masz rację. To wina opatrzności, która przewróciła świeczkę, która z kolei podpaliła zasłonę. - Powiedział z szyderczym uśmiechem.
No właśnie. Zapomniałam wspomnieć, że Charlie nie należy do tych najzgrabniejszych ruchowo... Dobra, prawda jest taka, że rusza się jak słoń po ciężkim obiedzie. No i niestety Stylinski miał racje... To ona przewróciła świecę rytualną na zasłony i żadna z nas tego nie zauważyła do czasu aż dla dekoracji było za późno...
Jak na złość rozległo się pukanie do drzwi. Myśląc, że to zrzędliwa sąsiadka, która uwielbiała narzekać na mnie i na Charlie poszłam otworzyć. Ku mojemu zdziwieniu w wejściu stała Stara Imogen.
- W czym mogę pomóc? - Zapytałam niewinnie, ukrywając zdziwienie.
- Widzę, że macie jakiś problem. - Uniosła szyderczo brwi.
- Przypaliłyśmy ciasto. - Powiedziałam szybko i skarciłam się w myślach.
"Za szybko!"
- Aha... - Przytaknęła nie zmieniając wyrazu twarzy. - Przyszłam bo babcia prosiła by ci to przekazać. Właśnie od niej wyszłam i było jej przykro, że tak wyszło z waszym dzisiejszym podwieczorkiem.
Podała mi pudełko z kawałkiem ciasta.
- Dziękuję. - Powiedziałam niepewnie. Coś mi tu nie grało.
- Zatrzaśnij jej drzwi przed nosem. - Usłyszałam surowy głos Stona.
"Bo to na pewno nie wzbudzi podejrzeń." Prychnęłam w myślach.
- Coś jeszcze? - Zapytałam jak najbardziej uprzejmie potrafiłam.
- Zawsze chciałam zobaczyć jak się urządziłaś. - Powiedziała i otworzyła usta by coś dodać, ale przerwała jej Charlie:
- Tat! Gdzieś ty poszła? Jak zwykle sprzątanie zostawiasz mi... - Urwała gdy zobaczyła gościa. - Dobry wieczór. - Wykrztusiła.
- Chyba masz teraz trochę roboty. - Przerwała krótką ciszę Imogen. - Wpadnę kiedy indziej.
- Zapraszam. - Odparłam sztywno. - Dziękuję za ciasto.
- Smacznego. - Rzuciła sucho i odeszła.
Z trzaskiem zamknęłam drzwi.
- Potrafisz być czasem wredna? - Zapytał Stone.
- Zamknij się. - Mruknęłam.
- Dobry początek. - Uśmiechnął się złośliwie.
Przemiłczałam i poszłam po miotłę by sprzątnąć resztki zasłony.
*
- To musi być specjalna świeca. - Mówiła Charlie trzaskając zębami.
- Gdzie jeszcze można je kupić? - Weschnęłam rozcierając ręcę. Panowała ta pora roku, podczas której w dzień jest ciepło a w nocy można zamarznąć. Szczerze tego nienawidziłam.
Stałyśmy na mrozie pod rodzinnym sklepem mojej przyjaciółką, który był już zamknięty od godziny. Jaka szkoda, że Charlie ma takie złe relacje z mamą i nie mogłyśmy tam po prostu wejść...
- Nigdzie. - Odezwała się. - Musimy czekać do jutra.
- Jesteście najgorszym Duetem jaki spotkałem. - Pojawił się Stone.
- W takim razie na pewno ci nie pomożemy. - Odparłam zirytowana.
- Ty pomożesz. - Podniósł na mnie niebieskie oczy. - Ale tylko bez niej. - Wskazał Charlie podbrudkiem. - Jest jak kula u nogi.
- Czemu za wszelką cenę starasz się mnie wyprowadzić z równowagi? - Podniosłam głos.
- Ekhm, Tatum? - Odezwała się moja przyjaciółka wskazując na faceta po drugiej stronie ulicy, który patrzył na mnie z rozdziawioną paszczą.
- Co się pan gapi?! - Zawołałam do niego zirytowana. - Nigdy pan nie krzyczał na swojego wymyślonego przyjaciela?!
Facet zamknął buzie i odbiegł potykając się o nierówności chodnika.
- Masz za swoje cymbale. - Mruknęłam do ducha. Zaśmiał się triumfująco.
- Już skończyliście? - Wtrąciła się Charlie. - Bo jest zimno i chciałabym wrócić do domu.
- Droga wolna, sekutnico. - Odparł zadziornie Stone.
Resztkami nerwów powstrzymałam się od jakiegokolwiek komentarza, po prostu ruszyłam w stronę naszego mieszkania.
*
Kiedy wyszłam z łazienki Stone leżał na moim łóżku gapiąc się w sufit. Przez ostatnie pół roku zdążyłam się przyzwyczaić, że gdzie nie pójdę on pójdzie za mną. Jako duch, może być gdziekolwiek zechce na ziemi, w czasie teraźniejszym a łazi za mną jak małe dziecko. Nawet ja nie mogę go zobaczyć jeśli on tego nie zechce.
Pamiętam jak Stone pojawił się po raz pierwszy w moim życiu, ponad pół roku temu...
Zawsze byłam przyzwyczajona do tego, że duchy są stare, brzydkie, w złym stanie albo że są smutne, gburowate, przesadnie narzekające lub płaczliwe, on nie był. Brunet o niebieskich oczach i sylwetce, której mógłby pozazdrościć niejeden z żyjących. Do tego zarozumiały, sarkastyczny, z poczuciem humoru i przede wszystkim cierpliwy.
Stone jest najstrszym duchem, z jakim mam doczynienia. Twierdzi, że jego dokładna data śmierci to 1065 co daje mu 948 lat. Większość ludzi nie miałoby nic przeciwko spędzenia tysiąclecia jako dwudziestopięciolatek, ale Stone wydaje się po prostu... znudzony. Wydaje mi się, że właśnie to wpłynęło na jego charakter. Przy tysiącu lat jeden tydzień jest jak mrugnięcie okiem...
Zagubiona dusza może odejść z tego świata tylko z pomocą Duetu, czyli medium i szamanki. Szamanką jest się dzięki urodzeniu a medium dzięki opatrzności losu, jak to nazwała Charlie.
- Widzę, że się na mnie gapisz. - Głos ducha wyrwał mnie z zamyślenia. - Nawet jeśli myślisz, że nie widzę.
Westchnęłam głeboko i nie odpowiedziałam.
- Nie masz zamiaru mnie posłuchać i odejść od tej sekutnicy?
- Czemu jej tak nie znosisz? - Zapytałam, po raz kolejny, więc wiedziałam jaka będzie odpowiedź.
- Bo tak. - Odparł.
- Bingo! - Powiedziałam zirytowana. - Czemu oczekujesz, że będę cię słuchać skoro sam nic nie chcesz powiedzieć?
- Bo to ja tu się znam na rzeczy. - Odparł oglądając swoje paznokcie z obojętną miną.
- Och, czyli twierdzisz, że to ty odesłałeś już 34 dusze? - Starałam się nie podnieść głosu.
- Próbowali mnie odesłać bardziej doświadczeni od ciebie. - Usiadł na łóżku z dziwnym grymasem na twarzy.
- Więc widać jesteś skazany na wieczne potępienie! - Uniosłam ręce w bezradnym geście.
- W takim razie przygotuj się, bo będę męczył nie tylko ciebie a jeszcze 5 pokoleń po tobie. - W jego oczach pojawiła się iskierka wesołej złośliwości. Doskonale wiedział, że zrobię wszystko co w mojej mocy by mu pomóc..
- Jak jak cię nienawidzę! - Powiedziałam i rzuciłam w miejsce gdzie leżał Stone obrazek, który leżał na półce obok mnie. Wiedziłam, że to nic nie da, ale musiałam jakoś wyładować swoją frustrację.
- A ja cię lubię. - Powiedział. - Mam takie przeczucie, że jeszcze będziesz mnie prosić o radę.
Nie zdążyłam mu odpowiedzieć bo przerwała nam Charlie wpadająca do pokoju jak burza.
- Zapukać nie łaska? - Zapytaliśmy jednocześnie. Rzuciłam mu zirytowane spojrzenie.
- Przestańcie się w końcu kłócić i chodźcie coś zobaczyć.
~~~
Jeżeli macie jakieś pytanie, na które odpowiedzi nie zamieściłam w tekście, śmiało pytajcie. Odpowiedzi wplotę w miare możliwości to treści :D

Czytasz=Komentujesz

Dziękuję :)

niedziela, 13 października 2013

Pierwszy.

- Masz? - Dopytywała się Charlie, kiedy tylko weszłam do mieszkania.
- Mam. - Uśmiechnęłam się. - Tylko nie wiem w czym one mają pomóc.
Wyciągnęłam z kieszeni wisiorki i położyłam na stole.
- Twoja kolej na instrukcje. - Powiedziałam na głos mając nadzieję, że Stone, tajemniczy głos, się odezwie.
- Nie rozkazuj mi. - Usłyszałam jego głos, w którym brzmiała leniwa i rozbawiona nuta. - To ja jestem tu najstarszy i ja wydaję rozkazy.
W kącie pokoju zauważyłam jego szczupłą sylwetkę.
-Ale to ja jako jedyna mogę ci pomóc, więc trochę życzliwości nie zaszkodzi. - Prychnęłam.
- Nigdy nie przyzwyczaję się do tych waszych rozmów. - Stwierdziła Charlie.
To może nadzedł czas na wyjaśnienia:
Jestem Tatum, mam 20 lat. Jestem długowłosą blondynką, o dużych zielonych oczach i długich, moim skromnym zdaniem krzywych, nogach. W mojej opinii jestem niezgrabna, dziwna, mam jeszcze dziwniejsze poczucie humoru i jeszcze  bardziej dziwne znajomości.
Ogółem moje życie można uznać za dziwne. Prawda jest taka, że jeśli widzi się i rozmawia z nieżyjącymi ludźmi szukającymi wsparcia i pocieszenia to życie nie może być normalne...
Osobnik stojący w rogu mojego pokoju to Stone Stylinski. Pracownik w zakładzie kamieniarskim w XI w. Dosłownie.
Biedaczyna błąka się po świecie już tyle wieków i nie potrafi znaleźć pomocy. Pomagam mu, nie pierwszemu z resztą, ale problem polega na tym, że jest strasznie irytujący.
Ma długie do ramion, ciemne włosy i jasne oczy. Zjawia się kiedy chce mówi co chce i robi co chce. A jest przy tym tak onieśmielający i przyciągający, że robię co każe bez zająknięcia. Charlie tego nie rozumie bo nie potrafi go zobaczyć. Nikt oprócz mnie i innych medium nie potrafi.
- Wyczyść je. - Powiedział przeciągając sylaby w typowy, starobrytyjski sposób.
- A pamiętasz co to wdzięczność? - Mruknęłam pod nosem w odpowiedzi, ale chwyciłam biżuterię i wyczyściłam.
- Nie możesz dawać tak sobą miotać. - Powiedziała Charlie w trakcie mojej roboty.
- Nie moja wina, że tylko ja mogę mu pomóc. - Odparłam cicho.
- No właśnie! - Podniosła głos. - Tylko ty możesz mu pomóc, więc to on powinien się o tę pomoc postarać. - Westchnęła. - Masz za miękkie serce.
Zignorowałam tę uwagę i wróciłam do pokoju poszukać rzemyków na zmianę.
- Gotowe. - Oznajmiłam gdy skończyłam. - Co teraz?
- Teraz kolej czarownicy. - Zjawił się tuż obok mnie. Zadrżałam.
- Nie mów tak o niej. - Powiedziałam cicho by Charlie nie usłyszała po czym dodałam głośno - Twoja kolej.
Podniosła na mnie swoje czekoladowe oczy i na jej ustach zagościł pewny siebie uśmieszek, który tak dobrze znałam.
Do teraz pamiętam momemt gdy zobaczyłam go po raz pierwszy...
Było to kilka dobrych lat temu, gdy uważałam, że jedynym sposobem na pozbycie się upiorów jest ich ignorowanie. Męczyła mnie wtedy Suzie, starsza pani, którą potrącono a ciało ukryto w lesie w obawie przed karą. Była, nawet jak na umarlaka, strasznie uciążliwa. Dużo narzekała, jęczała i płakała. Nie wiedziałam, że im bardziej się duchy ignoruje tym są bardziej uciążliwe.
Byłam już na skraju załamania psychicznego i wtedy pojawiła się Charlie. Jej pokryta burzą rudych włosów głowa skrywała mnóstwo tajemnic, nie mniej niż moja blond. Podeszła do mnie i wszystko mi wyjaśniła.
Pochodzi z rodziny, która od pokoleń zajmuje się pomaganiem takim jak ja, nazywanym medium. Nie widzi duchów, ale je wyczuwa. Nie potrafi im bezpośresnio pomóc, ale bez niej nie dałabym rady.
Charlie była tak zwanym Parzystym Pokoleniem, co oznacza, że miała pewne zdolności, które sprawiały, że ktoś niedoświadczony nazwał by ją czarownicą.
- Zrobisz tak... - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Stona...
~~~
Miło mi przedstawić wam rozdział pierwszy.
Wydaje mi się dość mało dynamiczny, ale miałam dużo wyjaśniania, następnym razem będzie lepiej :D

Dziękuję za wszystkie komentarze! :D

Prolog.

- Grzebanie w cudzych rzeczach jest złe. Mama nigdy ci tego nie powiedziała?
- Nie będziesz mi teraz udzielać rad. - Prychnęłam w odpowiedzi.
Byłam w domu mojej babci. Weszłam tu przez okno, które teraz było otwarte na oścież. Przeszukiwałam każdy pokój po koleji w poszukiwaniu dwóch interesujących mnie rzeczy.
Byłam właśnie w ostatnim pokoju jaki mi pozostał.
Zajrzałam do jednej z szafek i opukałam ścianki.
- Bingo. - Mruknęłam zadowolona i przesunęłam ruchomą część odsłaniającą ukrytą komorę.
Wsadziłam w nią rękę i wymacałam to czego szukałam.
Powoli wyciągnęłam zdobycz i przyjrzałam jej się z bliska.
Były to dwa srebrne wisiorki, jeden w kształcie sylwetki chłopca, drugi dziewczynki. Zawieszone była na dwóch starych, zniszczonych i popękanych rzemykach.
W chwili gdy włożyłam je do kieszeni bluzy usłyszałam na korytarzu kroki.
Zaklęłam cicho pod nosem i schowałam się pod łóżko w ostatniej chwili. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich babcia. Była pulchną, siwiuteńką kobietą o niesamowicie żywych i niebieskich oczach.
W tym momencie zobaczyłam na zakurzonych drzwiczkach szafki odciśniętą moją dłoń. Gdybym mogła to bym jęknęła zażenowana. Taka wpadka!
Babcia zbliżyła się do szafki i dotknęła delikatnie odcisku. Potem szybko sprawdziła zawartość ukrytej komory. Gdy nie wyczuła wisiorków wyciągnęła komórkę i wybrała numer.
- Imogen? Przyjdź do mnie jak najszybciej. - Zrobiła przerwę. - Nie! Chodzi o Leo i Sarę! ... Tak! Bądź tu jak najszybciej.
Rozłączyła się i rozejrzała po pomieszczeniu. Już miała zaglądać pod łóżko gdy w głębi mieszkania rozległ się dźwięk trzaskających drzwi. Natychmiast ruszyła w tamtym kierunku a ja korzystając z okazji starłam odcisk rękawem i przeszłam przez okno.
- Nie musisz mi dziękować. Znowu. - Usłyszałam głos obok siebie. Westchnęłam.
- Nie teraz. - Szepnęłam i ruszyłam na ścieżkę, którą zawsze chodziłam do domku babci. Ruszyłam w stronę drzwi wejściowych.
Na ścieżce spotkałam Starą Imogen, przyjaciółkę babci.
- Dzień dobry, proszę pani. - Przywitałam się jak gdyby nigdy nic.
- Witaj. - Spojrzała na mnie spod byka. Jak zawsze. Była typem starszej pani, której się nie da lubić. Za chuda, za wysoka, z dużymi dziwnymi okularami i farbowanymi na bordowo włosami.
"Trochę sympatii by jej nie zaszkodziło." Pomyślałam. Nigdy nie wiedziałam czemu moja babcia się z nią zadaje.
- Idziesz do babci? - Spytała.
- Tak. Na podwieczorek. - Uśmiechnęłam się.
- A to ciekawe... - Zaczęła, ale nie dowiedziałam się co było takiego ciekawego bo przerwała nam babcia.
- Imogen! Nareszcie! Ile moż... - Przerwała na mój widok. - A ty co tu robisz?
- Wczoraj mnie zaprosiłaś na podwieczorek. - Skłamałam. - Nie pamiętasz?
- Jakoś właśnie nie... - Podrapała się po siwej głowie.
- Ale widzę, że masz gościa, więc może nie przeszkadzam... - Wykręciłam się niepewnym tonem.
-Tak... Tak, lepiej przyjdź jutro.- Podchwyciła temat.
- Dobra. To pa! I do widzenia. - Pożegnałam się, ale nie byłabym sobą gdybym nie przycupnęła pod oknem i nie podsłuchała.
- Skończysz w końcu marnie. - Ostrzegł mnie ten sam głos, który uratował mi dzisiaj skórę, ten który towarzyszył mi zawsze i sprawiał wiele problemów.
- Robię to dla ciebie, więc zamknij się z łaski swojej. - Odszepnęłam i skupiłam się na akcji dziejącej w domu.
-Nie rozumiem. Przecież tu był! - Mówiła babcia wskazując na szafkę.
- Dałaś się wrobić, Sandro. - Powiedziała sucho Imogen. - Jesteś pewna, że nie stoi za tym twoja wnuczka?
- Tatum nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego! - Oburzyła się babcia. - Poza tym była przed domem a nie w mieszkaniu.
- Moim zdaniem ta dziewczyna jeszcze cię zaskoczy. I to niekoniecznie miło. - Prychnęła Starucha.
Uznałam to za oznakę, że mam sobie iść. Stara Imogen nigdy mnie nie lubiła, ale miała dobrą intuicje.
Czym prędzej opuściłam okolice domku babci sciskając w kieszeni bluzy wisorki...
~~~
Witam!
Oto prolog do mojego nowego opowiadania.
Mam nadzieję, że ktoś będzie chciał to czytać :D